Ford kontra chińskie EV – jak tanio można zbudować elektryka? Zapowiada się ciekawa rywalizacja!

Ford oficjalnie zapowiada: budujemy nową platformę dla aut elektrycznych, która ma konkurować z Chinami nie tylko technologią, ale przede wszystkim kosztami.

Ambitnie? Bardzo. Ale po cichu Ford pracuje nad tym już od kilkunastu miesięcy – i właśnie pokazał, że ma konkretny plan.

Mała elektryczna Puma, czy zupełna nowość, czyli Capri, mogą się podobać klientom. Niestety ich cena nie jest już tak atrakcyjna jak wygląd.

Tajny zespół, dziś już nie taki tajny:)

Początkowo była to garstka inżynierów w Kalifornii – dziś to około 500 osób, ściągniętych m.in. z Tesli, Apple, Riviana czy Lucida. Ich cel? Zbudować elektryczną platformę nowej generacji, która pozwoli tworzyć nie tylko przystępne cenowo auta, ale całe portfolio modeli: od crossoverów po pickupy. I to takie, które będą w stanie konkurować kosztowo z chińskimi gigantami jak BYD czy Xiaomi. Nie będzie to wcale łatwe. Wiemy przecież wszyscy co potrafią Chińczycy.

Chodzi nie tylko o baterię

Ford nie chce taniego auta za wszelką cenę – chce auta, które jest tanie w produkcji, ale też auta, które miałoby sens i podobało się odbiorcom. Dlatego skupia się na całym łańcuchu wartości: od prostszej architektury napędowej, przez tańsze falowniki i elektronikę, aż po baterie litowo-żelazowo-fosforanowe (LFP) dostarczane przez chińskiego CATL.

Co ważne – to nie ma być jeden budżetowy model. Platforma ma obsłużyć nawet osiem różnych nadwozi. Pierwszym autem, które ją wykorzysta, będzie elektryczny pickup wielkości Rangera, ale w planach są też inne warianty – jak SUV-y i miejskie crossovery. Ford nie ukrywa, że ta elastyczność ma pozwolić na szybkie skalowanie produkcji i rozłożenie kosztów na większą liczbę pojazdów.

Gdzie jest haczyk?

Wszystko wygląda świetnie – ale tylko na papierze. Bo kluczowe dla powodzenia całego projektu są dopłaty podatkowe, o które Ford mocno zabiega. Tylko na samą nową fabrykę baterii w Michigan (za 3 miliardy dolarów) firma liczy na około 700 milionów dolarów w formie ulg i dotacji. A to już zależy od decyzji amerykańskiego rządu – a ten niestety, nie zawsze gra według przewidywalnych zasad. Szczególnie teraz:)

Kolejny problem to czas. Chińscy producenci, jak BYD czy Xiaomi, już teraz oferują auta elektryczne, które kosztują w przeliczeniu poniżej 100 tysięcy złotych – i zarabiają na nich. Chińskie EV nie tylko powstają taniej dzięki lokalnej produkcji baterii i elektroniki, ale mają też wsparcie państwa, skalę i własne fabryki półprzewodników. Ford musi nadrobić dystans, który mierzy się nie tylko w latach, ale i w miliardach dolarów.

Czy Ford może postawić się Chińczykom?

Na razie – nie. Ale jeśli platforma zadziała, a rządowe dopłaty się utrzymają, Ford może zyskać realny punkt zaczepienia w segmencie budżetowych EV. I nie chodzi tu tylko o rynek USA – taki projekt ma sens również w Europie. W końcu Dacia Spring, Fiat 500e, MG4 czy BYD Dolphin pokazują, że zapotrzebowanie na małe, tanie i sensowne elektryki rośnie z miesiąca na miesiąc.

Dla klienta oznacza to jedno: jeśli Ford dopnie projekt do końca, w ciągu 2–3 lat na rynku może pojawić się pierwszy amerykański elektryk za mniej niż 120 tysięcy złotych – z porządną platformą i pełnym wsparciem technologicznym.

A to już byłaby poważna zmiana w układzie sił. Ale czy tak się stanie? Zobaczymy już w najbliższych miesiącach… no może latach:)

WhatsApp WhatsApp us