Tesla Roadster wraca po niemal dekadzie. Tym razem naprawdę ma być czymś więcej niż samochodem elektrycznym.
Są samochody, które pojawiają się na rynku. Są też takie, które zanim jeszcze trafią do salonów, zdążą stać się częścią historii motoryzacji.
Tesla Roadster drugiej generacji należy do tej drugiej kategorii.
Problem polega na tym, że historia jego powstawania trwa już tak długo, iż przez pewien czas można było odnieść wrażenie, że sam samochód stał się ważniejszy jako obietnica niż jako produkt.
Pierwszy raz zobaczyliśmy go w listopadzie 2017 roku. Tesla pokazała wtedy niewielkie, niezwykle efektowne auto sportowe, które miało przyspieszać do 60 mph w 1,9 sekundy, rozpędzać się do ponad 250 mph i przejeżdżać na jednym ładowaniu około 620 mil. Samochód miał mieć trzy silniki, napęd na wszystkie koła, cztery miejsca i zdejmowany szklany dach. Cena bazowa została ustalona na 200 tys. dolarów. Co na takie osiągi było super rewelacyjną ceną.
Minęło jednak prawie dziewięć lat.
I właśnie dlatego dzisiejszy Roadster nie jest dla nas tak ciekawym samochodem jak w 2017 roku. Wtedy był to demon prędkości – niedościgniony. Jednak elektryczne samochody zdążyły już udowodnić, że potrafią być absurdalnie szybkie. W końcu prawie dekada to naprawdę sporo czasu.
Jednak jesteśmy ciekawi co Tesla zrobiła przez te wszystkie lata i czy Roadster rzeczywiście pokaże coś, czego rynek jeszcze nie widział? Oj… będzie trudno.
Roadster, który miał pojawić się znacznie wcześniej
Pierwotnie plan był prosty. Roadster miał wejść do produkcji około 2020 roku.
Nie wszedł.
Projekt przesuwano, zmieniano jego założenia, a samochód z czasem zaczął funkcjonować niemal jako legenda. Tesla w tym samym czasie przeszła drogę od producenta niszowych samochodów elektrycznych do jednego z najważniejszych graczy światowego rynku EV.
Pojawiły się Model 3 i Model Y. Rozwinęła się infrastruktura Superchargerów. Zmieniał się przemysł bateryjny. W Chinach nastąpiła eksplozja produkcji samochodów elektrycznych. Europejscy producenci zaczęli coraz mocniej walczyć o rynek EV. Niestety z marnym skutkiem…
A Roadster nadal pozostawał gdzieś z boku. Jakby trochę zapomniany. Nie jak model oczekiwany, ale taki który został wycofany z produkcji, choć chętnych nie brakowało.
To paradoksalne, bo właśnie pierwszy Roadster pomógł Tesli udowodnić, że samochód elektryczny może być czymś więcej niż ekologicznym środkiem transportu.
Pierwszy Roadster był sportowym autem wykorzystującym podzespoły Lotusa i baterie litowo-jonowe. Był małoseryjny, drogi i daleki od samochodu dla przeciętnego kierowcy. Ale zrobił coś niezwykle ważnego: zmienił sposób, w jaki część świata motoryzacji zaczęła patrzeć na samochód elektryczny.
Druga generacja miała zrobić to samo, tylko na znacznie wyższym poziomie.
Tyle że przez te dziewięć lat konkurencja również nie spała.
Elektryczne supersamochody już istnieją
Kiedy Roadster został pokazany w 2017 roku, liczby prezentowane przez Teslę wydawały się niemal surrealistyczne.
Dzisiaj już nie robią takiego wrażenia.
Rimac Nevera potrafi przyspieszyć od 0 do 100 km/h w około 1,8 sekundy i osiągać 412 km/h. Samochód korzysta z czterech niezależnych silników elektrycznych i zaawansowanego systemu wektorowania momentu obrotowego. Powstanie zaledwie 150 egzemplarzy.
Porsche z kolei pokazało, że ekstremalne osiągi można połączyć z samochodem, który nadal pozostaje produktem dużego, tradycyjnego producenta. Taycan Turbo GT z pakietem Weissach osiąga 100 km/h w 2,2 sekundy i może rozpędzić się do 305 km/h.
To ważna zmiana.
W 2017 roku Tesla mogła powiedzieć: „samochód elektryczny może być najszybszym autem świata”.
Dzisiaj samo to już nie wystarczy.
Jeżeli nowy Roadster ma rzeczywiście zrobić wrażenie, musi zaoferować coś więcej niż kolejną liczbę w tabeli przyspieszenia.
Tesla chce zrobić coś, czego nie robi jeszcze żaden seryjny samochód
Najbardziej niezwykłym elementem nowego Roadstera nie jest wcale jego bateria ani liczba silników.
Są nim… silniki rakietowe. Jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało😉.
A właściwie zimne silniki gazowe, czyli układ wykorzystujący sprężony gaz do generowania ciągu.
Pomysł pojawił się już kilka lat temu. Elon Musk zapowiadał wtedy specjalny pakiet SpaceX dla Roadstera, wyposażony w około dziesięć małych dysz, które miały pomagać podczas przyspieszania, hamowania i pokonywania zakrętów. Pojawiła się nawet sugestia, że samochód mógłby dzięki nim na krótko oderwać się od ziemi. Choć nie wiemy czy to aby na pewno dobry pomysł. W końcu aby zachować jakąkolwiek kontrolę nad autem, pasowałoby aby jednak opony miały dobry kontakt z nawierzchnią.
Przez długi czas brzmiało to jak jeden z tych pomysłów Muska, które trudno traktować całkowicie serio.
Dzisiaj sytuacja wygląda inaczej.
W najnowszych materiałach dotyczących Roadstera pojawiają się informacje o zbiornikach wysokiego ciśnienia COPV oraz dyszach ukrytych w konstrukcji samochodu. Tesla pokazała również teaser, na którym widać sylwetkę auta i charakterystyczne strumienie gazu wydobywające się z tylnej części.
To nadal nie oznacza, że wszystko, co przez lata zapowiadano, znajdzie się w samochodzie przeznaczonym do normalnej jazdy po drogach.
I właśnie tutaj trzeba zachować ostrożność.
Nie mamy jeszcze kompletnej specyfikacji produkcyjnej. Nie znamy finalnej homologacji wszystkich rozwiązań. Nie wiemy również, w jakiej dokładnie konfiguracji i na jakich zasadach ewentualny pakiet SpaceX miałby być oferowany.
Dlatego dzisiaj można powiedzieć przede wszystkim jedno:
Tesla bardzo wyraźnie przygotowuje Roadstera jako demonstrację technologii, a nie zwyczajny samochód sportowy.
Problem z przyspieszeniem poniżej jednej sekundy…
Tesla od początku mówiła o czasie 0–60 mph wynoszącym 1,9 sekundy.
To już samo w sobie jest wartością ekstremalną.
Jednak w przypadku wersji wyposażonej w dodatkowy układ napędowy Musk przez lata sugerował możliwość zejścia nawet w okolice jednej sekundy.
I tutaj zaczyna się fizyka. A jej jak wiecie, oszukać się nie da!
Bo samochód może mieć ogromną moc. Może mieć cztery koła napędzane elektrycznie. Może mieć niezwykle szybkie sterowanie momentem obrotowym.
Ale ostatecznie musi jeszcze przenieść tę siłę na asfalt.
Ograniczeniem nie zawsze jest więc silnik. Często jest nim przyczepność opon i nawierzchni.
Dlatego pomysł z dodatkowym ciągiem nie jest wyłącznie marketingową ciekawostką. Teoretycznie może pozwolić wygenerować siłę, której nie trzeba przekazywać przez kontakt opony z asfaltem.
I to właśnie jest najbardziej fascynująca część całej tej koncepcji.
Tesla nie próbuje tylko zwiększyć mocy.
Próbuje zmienić sposób, w jaki samochód wykorzystuje tę moc. A co realnie wymyśliła amerykańska firma w tej właśnie kwestii, mamy nadzieje dowiedzieć się już 1 października.
Jeszcze ciekawsza jest aerodynamika
Roadster ma również otrzymać rozwiązania związane z „efektem przyziemnym”.
Tesla opatentowała system aktywnej aerodynamiki wykorzystujący przepływ powietrza pod samochodem. Idea jest podobna do rozwiązań znanych z motorsportu: odpowiednio kontrolowany przepływ może wytworzyć pod samochodem obszar niższego ciśnienia i zwiększyć siłę dociskającą auto do nawierzchni.
To bardzo ważne w samochodzie, który ma być ekstremalnie szybki.
Przy 100 km/h można jeszcze dyskutować o tym, czy auto ma spoiler większy czy mniejszy.
Przy ponad 300 km/h aerodynamika przestaje być dodatkiem.
Staje się jednym z najważniejszych elementów konstrukcji.
I właśnie dlatego Roadster może okazać się ciekawszy od kolejnego elektrycznego auta, które po prostu ma ogromną moc.
Jeżeli Tesla rzeczywiście połączy aktywną aerodynamikę, lekką konstrukcję, bardzo mocny napęd i dodatkowy system generowania ciągu, będziemy mieli samochód zaprojektowany bardziej jak eksperymentalna maszyna niż klasyczne coupe. Next EV car level? Cóż… to bardzo możliwe. Musk ostatnio siedzi cicho – nie szokuje, nie dyskutuje. Może szykuje dla nas prawdziwą bombę? Kto wie…
Nawet fotele są częścią tej układanki
W jednym z patentów związanych z nowym Roadsterem pojawiła się konstrukcja jednoczęściowego fotela wykonanego z kompozytu na bazie włókien węglowych, nylonu lub Kevlaru.
Brzmi jak detal.
Nie jest nim!
Jeżeli samochód rzeczywiście będzie przyspieszał z przeciążeniami typowymi dla pojazdów o osiągach hipersamochodów, konstrukcja fotela przestaje być wyłącznie kwestią komfortu.
Staje się elementem struktury samochodu oraz bezpieczeństwa!!! Tak tu trzeba dać aż 3 wykrzykniki, bo z bezpieczeństwem się nie dyskutuje, a auto o takich osiągach, musi je zapewnić i to na niespotykanym dotąd poziomie.
Według opisów patentowych Tesla pracowała nad lekką, jednoczęściową konstrukcją z mechanizmem pozwalającym na regulację pozycji.
To pokazuje coś ważnego.
Roadster nie jest projektem polegającym na włożeniu większej baterii i mocniejszych silników do istniejącego samochodu.
Przynajmniej część rozwiązań wskazuje na znacznie głębszą ingerencję w konstrukcję. Oraz na ciągłą ewolucję tego auta, zanim faktycznie pojawi się na drogach.
Kierownica bez klasycznej mechaniki?
Bardzo ciekawy jest też potencjalny układ steer-by-wire.
Patent opisany w materiałach dotyczących Roadstera, wskazuje na możliwość zastosowania elektronicznego sterowania układem kierowniczym bez klasycznego mechanicznego połączenia kierownicy z przekładnią. Rozwiązanie miałoby pozwalać na zmianę przełożenia zależnie od prędkości.
W praktyce oznaczałoby to, że samochód może zachowywać się zupełnie inaczej podczas manewrowania przy niewielkiej prędkości i inaczej na torze.
To jest właśnie kierunek, w którym rozwija się współczesna motoryzacja.
Samochód coraz mniej przypomina mechaniczny zbiór połączonych ze sobą elementów, a coraz bardziej staje się systemem sterowanym przez oprogramowanie.
Roadster może być jednym z najbardziej ekstremalnych przykładów takiego podejścia.
I właśnie dlatego 1 października będzie ważniejszy niż wszystkie wcześniejsze zapowiedzi
Tesla oficjalnie zapowiedziała prezentację nowego Roadstera na 1 października 2026 roku. Właściciele rezerwacji otrzymali zaproszenia, a na stronie Tesli pojawił się odliczający czas teaser. Wydarzenie ma odbyć się w Teksasie.
To jest moment, w którym skończy się część spekulacji. Kurczę!!! Nareszcie koniec z domysłami. W końcu zobaczymy to na co czekamy od niemal dekady. Zdążyłem już nieźle posiwieć😉, od momentu prezentacji Roadstera II generacji.
Bo przez lata Roadster funkcjonował trochę w dwóch światach.
W jednym był samochodem, którego parametry można było znaleźć na stronie Tesli: 1,9 sekundy do 60 mph, ponad 250 mph prędkości maksymalnej i 620 mil zasięgu.
W drugim był projektem, wokół którego narastały coraz bardziej niezwykłe opowieści: SpaceX, rakietowe dysze, lot, osiągi poniżej jednej sekundy, aktywna aerodynamika.
1 października te dwa światy powinny się spotkać.
Albo się nie spotkają.
I to będzie najważniejszy test Tesli.
Cena? Tutaj również trzeba poczekać
Pierwotnie Tesla zapowiadała cenę bazową 200 tys. dolarów, a Founders Series miała kosztować 250 tys. dolarów. W tamtym czasie wymagano również 50 tys. dolarów depozytu za standardową wersję. Nazbierali trochę kasy😉.
Dzisiaj nie traktowalibyśmy tych wartości jako wiążącego cennika.
To były liczby z 2017 roku. A inflacja postępuje…
Przez niemal dekadę zmieniły się koszty materiałów, technologia baterii, rynek samochodów luksusowych i sama koncepcja Roadstera. Najnowsze doniesienia nadal wskazują, że ostateczna cena nie została potwierdzona, a wcześniejsze szacunki mówiły o około 200 tys. dolarów za podstawową wersję i około 250 tys. za Founders Series.
Dlatego prawdziwą cenę poznamy dopiero wtedy, gdy Tesla pokaże samochód w finalnej konfiguracji.
Ile obstawiacie? Bliżej 200 tysięcy dolarów? Czy raczej nieco wyżej? Może koło 400 tysięcy? W końcu nie bezie to seryjne auto. W sensie nie bedzie na pewno jak Model 3 czy Y. Ma być wyjątkowe a klient ma czuć, ze płaci za coś wyjątkowego.
Roadster jest Tesli potrzebny z zupełnie innego powodu
No dobra, teraz trochę psychologii…
Nie sądzę, żeby Tesla potrzebowała Roadstera po to, żeby sprzedawać ogromne liczby samochodów.
To nie jest Model 3.
To nie jest Model Y.
Nawet jeśli samochód będzie kosztował 200 czy 250 tys. dolarów, albo więcej, nie zmieni istotnie wolumenu sprzedaży firmy.
Roadster ma inną rolę.
Ma być pokazem możliwości.
Samochodem, który mówi: zobaczcie, co jeszcze można zrobić z napędem elektrycznym.
I pod tym względem historia zatacza koło.
Pierwszy Roadster pokazał, że samochód elektryczny może być sportowy.
Drugi ma pokazać, jak daleko można przesunąć granicę tego, co nazywamy samochodem.
Tylko że w 2026 roku Tesla nie ma już monopolu na efekt „wow”.
Dlatego musi zrobić coś naprawdę niezwykłego. A znając Elona przynajmniej się mocno postara.
I chyba właśnie dlatego czekamy na ten samochód
Nie dlatego, że Tesla jest Teslą albo, że Elon obiecywał lata temu samochód, który niemal będzie latał.
I nawet nie dlatego, że 1,9 sekundy do setki brzmi imponująco.
Czekamy dlatego, że Roadster może być jednym z tych samochodów, które pokażą nam kierunek rozwoju motoryzacji na kolejne lata.
Jeżeli rozwiązania takie jak steer-by-wire, aktywna aerodynamika czy dodatkowy układ wykorzystujący sprężony gaz rzeczywiście zadziałają, nie wszystkie muszą pozostać w Roadsterze.
Część technologii może z czasem trafić do innych konstrukcji.
Tak właśnie działa motoryzacja.
Najpierw ktoś buduje coś absurdalnie drogiego i absurdalnie skomplikowanego.
Potem inżynierowie zaczynają zastanawiać się, co z tego można uprościć.
A kilka lat później rozwiązanie, które wcześniej wyglądało jak techniczna fanaberia, staje się normalnym elementem samochodu. Znamy to dobrze. I to nie tylko z motoryzacji.
Być może taki będzie prawdziwy sens Roadstera.
Nie rekord 0–100 km/h.
Nie 400 km/h.
Nie nawet rakietowe dysze.
Tylko odpowiedź na pytanie, jak będzie wyglądał samochód sportowy w świecie, w którym silnik spalinowy przestał być jedynym sposobem budowania emocji.
Na tę odpowiedź czekamy już prawie dziewięć lat.
1 października zobaczymy, czy było na co czekać…
Fot: x.com/TeslaNewswire
WhatsApp us