DENZA Z, czyli jak Chińczycy rzucili rękawicę Porsche i nie tylko. I tym razem nie chodzi wyłącznie o cenę auta…
Jeszcze kilka lat temu wielu europejskich producentów patrzyło na chińskie samochody z lekkim uśmiechem.
Owszem, były coraz lepsze. Coraz nowocześniejsze. Ale kiedy rozmowa schodziła na supersamochody, emocje kończyły się równie szybko, jak się zaczynały. Ferrari było Ferrari. Porsche było Porsche. Lamborghini pozostawało Lamborghini.
Dziś ten świat zaczyna się zmieniać, bo Chińczycy cisnął wynik… dosłownie.
I to ten zarezerwowany do tej pory dla Europy.
Nie dlatego, że europejskie marki nagle przestały budować świetne samochody – chodzi oczywiście o supersamochody. Nie zwykłe auta o miernych osiągach, w których jeździmy po mieście, czy odwozimy dzieci do szkoły.
Do gry na polu super aut wszedł zawodnik, którego jeszcze kilka lat temu nikt nie traktował poważnie.
Nazywa się BYD.
A właściwie… DENZA, ale zbudował ją BYD, czyli chiński hegemon motoryzacyjny o którym jeszcze dekadę temu mało kto słyszał.
To nie jest zwykły kolejny chiński samochód
Przyznacie sami, że to auto może się podobać…
Wygląda jak auto stworzone po to, by pokazać światu, do czego doszedł dziś chiński przemysł motoryzacyjny. I dlatego zapewne mamy tu liczby, które jeszcze niedawno wydawały się absurdem.
Kiedy przeczytałem pierwsze dane techniczne, przez chwilę zastanawiałem się, czy nie powinno tu być jakiegoś przecinka😉. 1604 KM. 1240 Nm momentu obrotowego. Trzy silniki elektryczne. Napęd na cztery koła.
Przyspieszenie od 0 do 100 km/h w 2,25 sekundy, a w wersji Racing – z odpowiednim ogumieniem – nawet w 1,96 sekundy.
Prędkość maksymalna do 350 km/h.
Jeszcze kilka lat temu takie liczby były zarezerwowane dla Rimaca Nevera czy hipersamochodów kosztujących kilka milionów euro.
Dzisiaj pokazuje je marka, która jeszcze niedawno kojarzyła się głównie z sedanami i vanami. No i teoretycznie mamy takie super auto, w sensie osiągów oczywiście… od Tesli. Nazywa się ROADSTER. Wygląda super, ale tak samo wyglądała lata temu, kiedy pokazano ją po raz pierwszy. I na tym poprzestano. Pokazano i miała być produkowana. Do dziś nie jest. Czy BYD swój supersamochód od razu wprowadzi do produkcji? Zobaczymy… Jak na razie można składać zamówienia a dostawy zapowiedziane są już na koniec tego roku. Interesujące!
Niesamowita moc to tylko połowa historii
Najłatwiej zachwycić się końmi mechanicznymi. Znacznie trudniej zbudować samochód, który będzie potrafił tę moc wykorzystać.
Dlatego Denza Z otrzymała platformę e³ Sports Car Platform.
Każde z tylnych kół napędza osobny silnik, co pozwala niezwykle precyzyjnie sterować momentem obrotowym. Do tego dochodzi zawieszenie DiSus-M z amortyzatorami magnetoreologicznymi, które potrafią zmieniać swoją charakterystykę w ciągu milisekund.
Całość uzupełnia druga generacja akumulatorów Blade Battery z technologią Cell-to-Body, w której bateria jest integralnym elementem konstrukcji samochodu. Zwiększa to sztywność nadwozia i poprawia bezpieczeństwo.
Najbardziej szokuje jednak… bateria
Przez lata przyzwyczailiśmy się do prostego schematu.
Supersamochód elektryczny oznacza ogromny akumulator. Denza poszła inną drogą. Akumulator ma około 76 kWh. Nie jest więc rekordowo duży.
Sekret tkwi gdzie indziej.
To nowa generacja baterii Blade oraz architektura umożliwiająca ekstremalnie szybkie ładowanie FLASH Charging.
Producent deklaruje możliwość uzupełnienia energii od 10 do 70% w około 5 minut, a od 10 do 97% w około 9 minut. Jeśli te parametry potwierdzą się w niezależnych testach, będzie to jeden z największych przełomów ostatnich lat w elektromobilności. Na razie są to jednak deklaracje producenta i warto poczekać na ich praktyczną weryfikację.
Jednak pomyślcie… auto, które zużywa dużo energii, bo tak zapewne będzie, jednak mogące naładowac się do pełna w 9 minut. Czyli na jednym ładowaniu za daleko nie pojedziemy, ale nie o to chodzi. Ważne żeby po drodze znaleźć tylko szybką ładowarkę. Bo jeśli nie, cóż może być krucho:) Ale bądźmy dobrej myśli. W końcu infrastruktura ładowania też się rozwija, dość prężnie. A przy takich parametrach uzupełnienie energii w naszej baterii, to jak zatankowanie spaliniaka z wizytą w WC😉.
Europa przestaje rozdawać karty… niestety
To chyba najciekawszy wniosek.
Jeszcze dekadę temu europejscy producenci wyznaczali kierunek rozwoju samochodów sportowych.
Dzisiaj coraz częściej muszą reagować na to, co pokazują firmy z Chin.
BYD nie ogranicza się już do konkurowania ceną. Nie próbuje kopiować stylistyki. Nie chce być „tańszą alternatywą”.
Próbuje zbudować własny segment premium, wykorzystując technologie, których wielu producentów dopiero się uczy.
To zupełnie nowa sytuacja.
Goodwood nie był przypadkiem
Premiera podczas Goodwood Festival of Speed również mówi bardzo wiele.
To jedno z najważniejszych wydarzeń motoryzacyjnych świata. Nie wybiera się go przypadkowo.
BYD doskonale wiedział, gdzie powinien pokazać swój najbardziej spektakularny model.
Nie w Szanghaju.
Nie w Shenzhen.
Tylko w miejscu, gdzie od dziesięcioleci spotykają się Ferrari, McLaren, Aston Martin, Porsche i cała europejska motoryzacyjna elita.Ta najszybsza elita.
To był komunikat ze strony chińskiego producenta.
„Przyjechaliśmy grać w tej samej lidze.”
Czy Porsche i Ferrari mają się czego bać?
Jeszcze nie.
Marki premium sprzedają coś więcej niż osiągi. Sprzedają historię.
Emocje.
Dziedzictwo.
Marzenia.
To wartości, których nie buduje się w kilka lat.
Ale technologia?
Tutaj dystans między Europą a Chinami kurczy się z zadziwiającą szybkością.
Jeszcze kilka lat temu Chińczycy uczyli się od europejskich producentów. Dziś chyba właściwie można powiedzieć, że już nas przegonili. Teraz my będziemy się uczyć od nich. Smutne – ale zaczyna to wyglądać coraz bardziej właśnie w ten sposób.
Bo dzisiaj coraz częściej to Europa z uwagą obserwuje, co pokażą chińskie firmy podczas kolejnych premier.
I to jest zmiana, której nie da się już zatrzymać.
To nie samochód jest najważniejszy
Paradoksalnie Denza Z nie musi sprzedać się w dziesiątkach tysięcy egzemplarzy.
Nie o to tutaj chodzi.
Ten model jest wizytówką możliwości całego koncernu BYD.
Pokazuje światu, że firma potrafi budować nie tylko miejskie hatchbacki, rodzinne SUV-y czy autobusy elektryczne.
Potrafi również stworzyć samochód, który osiągami zaczyna flirtować z hipersamochodami.
I właśnie dlatego Denza Z może okazać się znacznie ważniejsza dla przyszłości elektromobilności, niż wskazywałaby liczba sprzedanych egzemplarzy.
Bo ten rynek działa właśnie tak. To co dziś montują w autach za grubą kasę, jutro trafia do mieszczucha za 30 tysięcy euro. Ale nie spodziewajmy się 1600 koni w miejskim aucie:) Chodzi o inne rozwiązania, jak choćby ładowanie. To jest mega ciekawy temat, jeśli chodzi o EV. Bo kto nie chciałby naładować swojego EV w 9 minut? Niezależnie od wielkości baterii czy ilości gotówki wydanej na auto?
Pierwszy śmiertelny wypadek Tesli Semi. To tragedia, która najlepiej gdyby się nigdy nie wydarzyła.
Są wiadomości, których nikt nie chciałby pisać, ani tym bardziej czytać.
Zwłaszcza wtedy, gdy dotyczą technologii, która od początku miała poprawiać bezpieczeństwo na drogach.
Pod koniec czerwca na skrzyżowaniu drogi US-50 i Traditions Parkway w miejscowości Dayton w stanie Nevada doszło do tragicznego wypadku z udziałem Tesla Semi. Dwie osoby zginęły na miejscu, a trzecia została ciężko ranna. Według dotychczasowych ustaleń ciężarówka uderzyła w dwa samochody stojące na czerwonym świetle. To pierwszy znany śmiertelny wypadek z udziałem elektrycznej ciężarówki Tesli od momentu jej wejścia do eksploatacji.
To jednak nie jest historia o tym, że zawiodła elektryczna ciężarówka.
To historia o tym, jak łatwo w takich momentach pomylić emocje z faktami.
Bo fakty są dziś znacznie ważniejsze od nagłówków.
Według wstępnych informacji przekazanych przez lokalne służby, kierowca ciężarówki mógł zasnąć za kierownicą. To jednak jedynie wstępna hipoteza zebrana na miejscu zdarzenia. Nevada Highway Patrol prowadzi dochodzenie i podkreśla, że oficjalna przyczyna wypadku nie została jeszcze ustalona. Ciężarówka została zabezpieczona do badań, a śledczy analizują wszystkie okoliczności zdarzenia. Nie ma co więc zgadywać. Zasnął? Być może… Jechał na Autopilocie? Nie idźmy w tym kierunku!
Tesla to super medialny temat
Od kilku lat każda informacja o wypadku z udziałem Tesli natychmiast wywołuje lawinę komentarzy. W mediach społecznościowych bardzo szybko pojawiają się gotowe odpowiedzi, jeszcze zanim ktokolwiek zdąży przeanalizować materiał dowodowy.
Jedni od razu obwiniają technologię.
Drudzy automatycznie stają w jej obronie.
Problem polega na tym, że ani jedni, ani drudzy zazwyczaj nie mają jeszcze wystarczających informacji ani wiedzy. Jednak wyroki wydają od ręki, można powiedzieć super błyskawicznie.
A w przypadku tak tragicznych wydarzeń pośpiech jest najgorszym doradcą.
Tesla Semi od początku projektowana była jako nowoczesna ciężarówka klasy 8, wyposażona w liczne systemy wspomagania kierowcy. Producent deklaruje obecność aktywnych systemów bezpieczeństwa, kamer monitorujących otoczenie oraz elektronicznych systemów stabilizacji pojazdu. Nie oznacza to jednak, że pojazd jest autonomiczny ani że może zastąpić kierowcę.
I to jest różnica, o której bardzo często zapominamy.
Systemy bezpieczeństwa mają pomagać.
Nie przejmować odpowiedzialności.
Poczekajmy na oficjalne informacje
Źródło Fot: x.com/freightcaviar
Jeżeli rzeczywiście potwierdzi się scenariusz mówiący o zaśnięciu kierowcy, będzie to kolejny bolesny przykład problemu, który od dziesięcioleci dotyczy całej branży transportowej.
Zmęczenie zawodowych kierowców nie pojawiło się wraz z elektromobilnością. Istniało długo przed nią.
Przez lata dochodziło do tysięcy podobnych wypadków z udziałem ciężarówek napędzanych silnikami Diesla. Tyle że wtedy nikt nie pisał o rodzaju napędu. Pisano po prostu o tragicznym wypadku.
Dzisiaj każda informacja dotycząca Tesli natychmiast staje się światowym newsem.
To cena rozpoznawalności marki. Ale również odpowiedzialności. Nie oznacza to oczywiście, że producent nie powinien analizować takich zdarzeń.
Wręcz przeciwnie.
Każdy podobny wypadek jest niezwykle cennym źródłem danych dla inżynierów. To właśnie dzięki analizie rzeczywistych zdarzeń rozwijane są systemy automatycznego hamowania, monitorowania zmęczenia kierowcy czy wykrywania przeszkód.
Historia motoryzacji pokazuje, że niemal wszystkie najważniejsze rozwiązania poprawiające bezpieczeństwo powstały właśnie dlatego, że wcześniej wydarzyły się tragedie.
ABS.
ESP.
Poduszki powietrzne.
Automatyczne hamowanie awaryjne.
Każde z tych rozwiązań było odpowiedzią na prawdziwe zdarzenia drogowe.
Tesla Semi prawdopodobnie również przejdzie bardzo szczegółową analizę
Nie dlatego, że jest elektryczna.
Dlatego, że jest nową konstrukcją, od której wiele osób oczekuje wyznaczania nowych standardów bezpieczeństwa.
Warto również pamiętać, że program Tesla Semi nadal znajduje się na stosunkowo wczesnym etapie rozwoju. Produkcja seryjna dopiero nabiera tempa, a liczba ciężarówek poruszających się po drogach jest nadal niewielka w porównaniu z milionami klasycznych zestawów ciężarowych. Każde zdarzenie z ich udziałem będzie więc analizowane znacznie dokładniej niż podobny wypadek z udziałem konwencjonalnej ciężarówki.
Najważniejsze jest jednak coś zupełnie innego.
Za wszystkimi technologiami, kamerami, radarami, procesorami i algorytmami nadal siedzi człowiek.
To on podejmuje decyzje. To on odpowiada za koncentrację. I to jego zmęczenie wciąż pozostaje jednym z największych zagrożeń na drogach.
Dlatego zanim poznamy oficjalne wyniki śledztwa, warto powstrzymać się od jednoznacznych ocen.
Dwie osoby straciły życie. Jedna walczy o zdrowie i życie.
To wystarczający powód, by pozwolić śledczym spokojnie wykonać swoją pracę.
Technologia będzie rozwijana jeszcze przez wiele lat.
Ale żadna innowacja nie zwalnia nas z obowiązku zachowania rozsądku.
I być może właśnie to jest najważniejsza lekcja płynąca z tej tragicznej historii. Dlatego zanim napiszemy coś nieodpowiedzialnego, powinniśmy zastanowić się dwa razy. Poczekać, ochłonąć… i dopiero kiedy oficjalne ustalenia śledczych ujrzą światło dzienne – komentować. Na podstawie twardych danych i dowodów. Nie domysłów.
Tesla miała tracić klientów. Tymczasem Model Y ponownie został najlepiej sprzedającym się samochodem elektrycznym świata.
Gdy emocje opadają, zostają liczby… a z nimi się nie dyskutuje😉!
Od miesięcy w mediach regularnie pojawiają się informacje o problemach Tesli. Mówi się o rosnącej konkurencji z Chin, spadających rejestracjach na wybranych rynkach czy słabszym wizerunku marki. Łatwo więc odnieść wrażenie, że pozycja amerykańskiego producenta zaczyna się chwiać.
Tymczasem najnowsze globalne dane pokazują coś zupełnie innego.
W maju 2026 roku Tesla Model Y ponownie została najlepiej sprzedającym się samochodem elektrycznym na świecie, osiągając 93 571 rejestracji. To oznacza wzrost o 16% względem maja ubiegłego roku.
Model Y podoba się klientom na całym świecie… jednak bardziej od wyglądu przemawia jego funkcjonalność.
Jeszcze ciekawiej wygląda zestawienie od początku roku. W ciągu pierwszych pięciu miesięcy 2026 roku na całym świecie zarejestrowano 408 158 egzemplarzy Modelu Y. Żaden inny samochód elektryczny nie zbliżył się nawet do tego wyniku.
I właśnie dlatego warto patrzeć na dane globalne, a nie wyłącznie na pojedyncze rynki.
Na tym dobre informacje dla Tesli się nie kończą
Na trzecim miejscu światowego rankingu znalazła się Tesla Model 3, która w maju osiągnęła 44 237 rejestracji, poprawiając swój wynik o 28% rok do roku.
Model 3 potrafi wyglądać drapieżnie i rasowo… nie przymierzając jak pełnoprawne auto wyścigowe.
To pokazuje, że odświeżenie obu modeli nie było jedynie kosmetyczną zmianą. Nowy design, poprawiona aerodynamika, wyższy komfort jazdy i kolejne usprawnienia technologiczne nadal przekładają się na zainteresowanie klientów.
Dla wielu producentów taki wynik jednego modelu byłby rekordem całej marki.
Jest jednak coś znacznie ciekawszego niż sama wygrana Tesli
Największym zaskoczeniem nie jest wcale pierwsze miejsce Modelu Y.
Wystarczy spojrzeć na całe zestawienie dwudziestu najlepiej sprzedających się samochodów elektrycznych na świecie.
Jeszcze kilka lat temu dominowali producenci z Europy, Japonii i Stanów Zjednoczonych. Dzisiaj ranking wygląda zupełnie inaczej.
Obok Tesli coraz mocniej rozpychają się producenci z Chin. BYD, Geely, Wuling, Xiaomi, Leapmotor czy Li Auto systematycznie zwiększają sprzedaż i zdobywają kolejne rynki.
To już nie jest chwilowy trend. To nowy układ sił na światowym rynku elektromobilności.
Europa coraz częściej zostaje obserwatorem… niestety
To chyba najciekawszy wniosek płynący z najnowszych danych.
Od lat słyszymy zapowiedzi europejskich producentów dotyczące elektrycznej transformacji. Powstają kolejne platformy, fabryki i ambitne strategie. Jednak kiedy przychodzi moment podsumowania globalnej sprzedaży, w czołówce dominują Tesla i producenci z Chin.
To nie oznacza, że europejskie marki sprzedają mało samochodów. Oznacza natomiast, że tempo wzrostu konkurencji jest znacznie większe.
Chińskie koncerny rozwijają nowe modele błyskawicznie, produkują je na ogromną skalę i coraz skuteczniej konkurują ceną. Tesla z kolei od lat korzysta z efektu skali, wysokiej efektywności produkcji oraz bardzo rozpoznawalnej marki.
Dzisiaj właśnie te dwa elementy w największym stopniu definiują światowy rynek samochodów elektrycznych.
Rynek EV nadal rośnie
Wbrew opiniom o rzekomym spowolnieniu elektromobilności, globalny rynek nadal notuje wzrosty.
W maju sprzedaż samochodów typu plug-in zwiększyła się o około 15% rok do roku, a samochody w pełni elektryczne odpowiadały już za 71% wszystkich sprzedanych pojazdów plug-in.
To pokazuje, że popyt na auta elektryczne nadal rośnie. Zmieniają się natomiast liderzy rynku i miejsca, w których ten wzrost jest najszybszy.
Czy Tesla jest dziś bezkonkurencyjna?
Oczywiście nie.
Konkurencja jest większa niż kiedykolwiek wcześniej i szczególnie w Chinach walka o klienta robi się coraz bardziej zacięta. A to jak wiecie największy rynek na świecie, również, jeśli chodzi o auta napędzane energią elektryczną.
Jednak fakty są takie, że żaden producent nie potrafił w maju sprzedać jednego modelu samochodu elektrycznego w liczbie przekraczającej 93 tysiące egzemplarzy.
Nie bez znaczenia pozostaje również własna sieć Superchargerów, wysoka integracja pionowa produkcji oraz możliwość szybkiego wdrażania zmian dzięki aktualizacjom OTA. To elementy, których wielu producentów wciąż nie potrafi odtworzyć w podobnej skali.
To właśnie dlatego wszelkie prognozy o końcu Tesli warto traktować z dużym dystansem. Albo od razu włożyć je między bajki😉!
Rynek motoryzacyjny nie ocenia producentów po liczbie komentarzy w mediach społecznościowych ani po pojedynczych słabszych miesiącach na wybranych rynkach.
Ostatecznie liczą się globalne wyniki sprzedaży.
A te po raz kolejny pokazują, że Tesla Model Y pozostaje punktem odniesienia dla całej branży elektromobilności.
Być może za rok sytuacja będzie wyglądała inaczej. Rynek EV zmienia się niezwykle dynamicznie. Jednak dziś liczby nie pozostawiają większych wątpliwości – mimo rosnącej konkurencji, Tesla nadal rozdaje karty, a największym wyzwaniem dla europejskich tradycyjnych producentów nie jest już sama Tesla, lecz również błyskawicznie rozwijający się przemysł motoryzacyjny z Chin.
Tesla nie porzuciła starszych samochodów. Ale właśnie pokazała, gdzie przebiega granica ich możliwości. Gdy wszyscy patrzyli na Robotaxi, Tesla zrobiła coś znacznie ważniejszego. Dla wielu z nas, czyli użytkowników starszych modeli aut Tesli.
Przez ostatnie miesiące większość uwagi skupiała się na Robotaxi, sztucznej inteligencji i komputerze AI4. W cieniu tych wydarzeń pozostawała jednak grupa kierowców, która przez lata była fundamentem sukcesu Tesli.
To właściciele samochodów wyposażonych w komputer Hardware 3, czyli HW3.
Miliony aut sprzedanych na całym świecie. Samochody, które jeszcze kilka lat temu Elon Musk przedstawiał, jako gotowe na przyszłość autonomicznej jazdy. Potem przyszła rzeczywistość. Wiemy co się stało i jak to przebiegało. Sieci neuronowe zaczęły rosnąć szybciej niż możliwości komputerów montowanych w starszych modelach. Tesla otwarcie przyznała, że HW3 nie będzie w stanie obsłużyć pełnej, nienadzorowanej autonomii.
Dla wielu właścicieli brzmiało to jak koniec historii, ale…
Okazuje się, że był to dopiero początek nowego rozdziału😉!
Tesla właśnie rozpoczęła wdrażanie FSD v14 Lite – specjalnie przygotowanej wersji swojego najnowszego systemu, dla samochodów wyposażonych w HW3. I choć nazwa sugeruje kompromis, rzeczywistość pokazuje coś znacznie ciekawszego.
Pokazuje bowiem, jak daleko można przesunąć granice starszego sprzętu dzięki odpowiednio zaprojektowanej sztucznej inteligencji, i odpowiedniemu oprogramowaniu.
To nie jest zwykła aktualizacja
Na pierwszy rzut oka łatwo pomyśleć, że Tesla po prostu przygotowała okrojoną wersję FSD v14.
Ale to byłoby zbyt duże uproszczenie.
Inżynierowie Tesli zastosowali rozwiązanie określane jako „distillation”, czyli proces, w którym mniejszy model AI uczy się zachowania większego modelu działającego na nowszym sprzęcie.
Mówiąc obrazowo…
To trochę tak, jakby doświadczony pilot, przez tysiące godzin uczył młodszego kolegę podejmowania decyzji. Młodszy nie ma takiej wiedzy ani takich możliwości, ale z czasem zaczyna reagować bardzo podobnie.
Dokładnie w ten sposób HW3 korzysta z doświadczeń rozwijanych dla platformy AI4, czyli znacznie nowszych.
Nie otrzymuje całej mocy obliczeniowej.
Otrzymuje sposób myślenia wypracowany przez nowszy system. A to, jak się okazuje, jest bardzo sprytne posunięcie.
Sztuczna inteligencja wygrała z ograniczeniami sprzętu… przynajmniej częściowo
Jeszcze kilka lat temu dominowało przekonanie, że rozwój autonomii zależy przede wszystkim od coraz mocniejszych komputerów.
Tesla pokazuje dziś coś bardziej interesującego i jakże innego od standardowego myślenia.
Coraz większą rolę zaczyna odgrywać jakość samego modelu AI.
Elon Musk zwrócił uwagę, że komputer HW3 dysponuje zaledwie około 15% efektywnej przepustowości pamięci względem AI4. To ogromna różnica. Mimo tego inżynierom udało się przenieść znaczną część zachowań nowego systemu na starszą platformę.
To nie oznacza, że ograniczenia zniknęły.
One nadal istnieją.
Ale coraz wyraźniej widać, że nowoczesna sztuczna inteligencja potrafi wycisnąć ze starszego sprzętu znacznie więcej, niż jeszcze niedawno wydawało się możliwe.
Kierowcy dostają funkcje, na które czekali od miesięcy
Najbardziej odczuwalne zmiany nie dotyczą jednak samych algorytmów.
Dotyczą codziennego korzystania z samochodu.
FSD v14 Lite pozwala rozpocząć autonomiczną jazdę już z miejsca parkingowego. Samochód potrafi sam wycofać, przełączyć „bieg” i płynnie rozpocząć jazdę.
Pojawiają się również nowe opcje wyboru miejsca zakończenia podróży. Kierowca może zdecydować, czy samochód powinien zatrzymać się przy krawężniku, na podjeździe, na ulicy czy na parkingu.
Do starszych modeli trafiają także profile prędkości znane z nowszych wersji FSD, poprawione zachowanie podczas zmiany pasów, lepsza reakcja na pieszych, skrzyżowania oraz bardziej naturalne prowadzenie pojazdu.
Dla wielu użytkowników oznacza to największy skok jakościowy od ponad roku. Może w końcu zniknął upierdliwości znane z aut Tesli. Choćby mocno denerwujący wszystkich Phantom Braking.
Ale Tesla niczego nie ukrywa
Najciekawsze jest jednak to, czego… nie ma.
Tesla nie próbuje udawać, że HW3 nagle stał się równoważny AI4.
Nie stał się.
FSD v14 Lite nie obsługuje pełnej architektury wykorzystywanej przez Robotaxi. Brakuje części nowych funkcji związanych z inteligentnym Summon, nie pojawia się również pełna aplikacja autonomicznej jazdy znana z nowszych platform.
Starsza wersja hadware po lewej i najnowsza po HW4 po prawej
Co ważniejsze, sama Tesla już wcześniej jasno przyznała, że HW3 nie osiągnie poziomu pełnej autonomii bez nadzoru kierowcy. W przyszłości rozwiązaniem mają być modernizacje sprzętu dla kwalifikujących się użytkowników, ale na razie FSD v14 Lite pozostaje pomostem między starą a nową generacją systemów.
To zapowiedź czegoś znacznie większego
Patrząc szerzej, ta aktualizacja nie jest historią o Tesli. Tak naprawdę to historia o kierunku, w którym rozwija się cała sztuczna inteligencja.
Jeszcze niedawno uważaliśmy, że każda nowa generacja AI wymaga całkowicie nowego sprzętu.
Dziś coraz częściej okazuje się, że równie ważne staje się optymalizowanie modeli i przenoszenie wiedzy, pomiędzy kolejnymi generacjami. Coś jak odpalenie gry z najnowszej generacji konsol na nieco starszym sprzęcie. Choć nie pamiętam dokładnie czy to było możliwe? Może Wy pamiętacie? Ale myślę, że wiecie o co chodzi i jaki zamysł przyświeca Tesli.
Nie zawsze potrzebujemy większego procesora. Czasem wystarczy mądrzejszy algorytm. To podejście może mieć ogromne znaczenie nie tylko dla samochodów autonomicznych, ale również dla robotyki, urządzeń IoT czy elektroniki użytkowej.
Przez lata Tesla była krytykowana za składanie zbyt odważnych obietnic dotyczących autonomicznej jazdy. Część tej krytyki była uzasadniona. Znane są określenia takie jak Elon Time, czy Tesla Time.😉
FSD rozwija się wolniej, niż zapowiadano. Robotaxi nadal przechodzi kolejne etapy wdrożeń. HW3 okazał się mniej przyszłościowy, niż zakładano kilka lat temu.
Ale jednocześnie trudno nie docenić wysiłku, jaki firma wkłada w utrzymanie milionów starszych samochodów przy życiu.
Zamiast powiedzieć właścicielom: „kupcie nowe auto”, Tesla postanowiła wykorzystać możliwości sztucznej inteligencji, do przedłużenia życia istniejącej platformy.
Czy to wystarczy? Dla jednych tak. Dla innych nie. Jak to w życiu bywa.
Jedno jest jednak pewne.
FSD v14 Lite pokazuje, że przyszłość autonomii nie będzie zależeć wyłącznie od coraz mocniejszych komputerów.
Coraz częściej będzie zależeć od tego, jak inteligentnie nauczymy sztuczną inteligencję wykorzystywać to, co już mamy. Bo prawdopodobnie będzie ona mogła wycisnąć znacznie więcej ze sprzętu, niż do tej pory myśleliśmy. Oczywiście pod naszym nadzorem😉… taką mam nadzieję.
To nie jest kolejna informacja o tym, że Tesla postawiła nowe ładowarki. To moment, który pokazuje, w jakim kierunku zmierza cała europejska infrastruktura ładowania. Na szczęście… bo w końcu nasze auta będą przyjmować coraz większe moce ładowania. I to nie jest już kwestia lat, to już kwestia miesięcy.
Norwegia jako pierwsza otrzymała w pełni funkcjonalny Supercharger V4 z nowymi szafami zasilającymi oferującymi moc do 500 kW. Przez ostatnie miesiące Europa widziała już charakterystyczne biało-czarne słupki V4, ale za elegancką obudową nadal pracowała elektronika znana z generacji V3. Efekt? Wyglądały nowocześnie, lecz realnie oferowały maksymalnie około 250 kW. Teraz sytuacja wreszcie się zmienia.
Nowe zasilanie i elektronika robią robotę
To rozróżnienie jest znacznie ważniejsze, niż mogłoby się wydawać. Wielu kierowców zakładało, że skoro na stacji stoi słupek V4, to korzystają już z najnowszej technologii Tesli. W rzeczywistości brakowało najważniejszego elementu całej układanki – nowych szaf zasilających stacje. Dopiero one tworzą to, co można nazwać “prawdziwym V4”.
Pierwsza taka lokalizacja powstała w Hellerudsletta pod Oslo. Do dyspozycji kierowców oddano 28 stanowisk, wyposażonych już nie tylko w nowe stacje, ale również całkowicie nową architekturę energetyczną. Stacja jest otwarta zarówno dla samochodów Tesli, jak i pojazdów innych producentów korzystających z europejskiego standardu CCS.
Ale wiecie co? Te 500 kW nie jest dziś rewolucją dla właścicieli Tesli.
Większość europejskich modeli Tesli i tak nie wykorzysta tak wysokiej mocy ładowania. Model 3, Model Y czy Model S pozostają samochodami opartymi na architekturze 400 V i ich maksymalne możliwości są znacznie niższe. Nawet gdy podłączymy je do najnowocześniejszego Superchargera świata, fizyki nie da się oszukać. 250 kW to MAX!
Dlaczego więc Tesla inwestuje w 500 kW?
Bo od kilku lat przestała budować sieć wyłącznie dla własnych samochodów.
To już biznes infrastrukturalny.
Na europejskich drogach pojawia się coraz więcej modeli korzystających z architektury 800 V. Porsche, Hyundai, Kia, Lucid, część modeli Grupy Volkswagen, XPENG, Zeekr czy kolejne chińskie konstrukcje, coraz częściej potrafią przyjmować ponad 300 czy 400 kW, a w niektórych przypadkach nawet więcej. Dotychczas na stacjach Tesli nie mogły w pełni rozwinąć skrzydeł. Nowa infrastruktura ma to zmienić.
To pokazuje bardzo ciekawą ewolucję samej Tesli
Jeszcze kilka lat temu Supercharger był przewagą konkurencyjną producenta samochodów. Dziś staje się usługą infrastrukturalną, która ma zarabiać również na klientach konkurencji. Im więcej marek będzie mogło ładować się szybko i bez ograniczeń, tym większe wykorzystanie całej sieci.
Nieprzypadkowo nowe szafy V4 obsługują jednocześnie aż osiem stanowisk ładowania. Oznacza to mniej urządzeń, prostszą budowę i niższe koszty całej inwestycji. Tesla od dawna próbuje upraszczać wszystko, co tylko się da – od produkcji samochodów po budowę fabryk. Teraz tę samą filozofię przenosi do infrastruktury ładowania. Według informacji przekazywanych przez przedstawicieli firmy, nowe rozwiązanie znacząco ogranicza koszty budowy pojedynczych stanowisk oraz upraszcza ich wdrażanie.
Co ciekawe, ten ruch zbiega się z kolejną zmianą
Kilka tygodni temu Tesla rozpoczęła wdrażanie w Europie prefabrykowanych stacji Folding Unit Supercharger. Zamiast budować każdą lokalizację od podstaw, coraz większa część infrastruktury powstaje fabrycznie, jako gotowy moduł, który po dostarczeniu na miejsce wystarczy rozłożyć i podłączyć. Dla kierowców to niemal niewidoczna zmiana. Dla firmy oznacza jednak, krótszy czas realizacji inwestycji, mniejsze koszty i szybszą rozbudowę sieci.
Oczywiście warto zachować odrobinę chłodnej głowy
500 kW wygląda imponująco na papierze, ale sama liczba nie ładuje samochodu. Rzeczywista moc zależy od temperatury akumulatora, poziomu naładowania, chemii ogniw i możliwości konkretnego modelu. Nawet auta zdolne przyjąć ponad 300 kW, utrzymują takie wartości zwykle przez stosunkowo krótki fragment sesji ładowania. To od dawna największy paradoks rynku elektromobilności – marketing uwielbia mówić o szczytowej mocy, podczas gdy kierowcę bardziej interesuje średnia moc przez całe ładowanie. Krzywa ładowania musi być jak najmniej krzywą – taki paradoks:). Wtedy auto naładuje się szybko.
Mimo to trudno nie odnieść wrażenia, że Tesla ponownie wykonuje ruch wyprzedzający
Tak było z siecią Supercharger ponad dekadę temu. Tak było z otwieraniem stacji dla innych marek. Teraz podobny scenariusz obserwujemy przy przejściu na architekturę gotową na samochody kolejnej generacji.
Czy 500 kW szybko stanie się standardem w całej Europie? Zapewne nie. Przed Teslą pozostają tysiące istniejących lokalizacji, które będą wymagały modernizacji. To proces rozłożony na lata, a nie miesiące. Jednak pierwszy krok został wykonany.
Nieprzypadkowo właśnie w Norwegii – czyli jak zwykle:)
Moc 500 kW… ale zobaczcie na te ceny?😉 Poza szczytem zaledwie 0,80 zł za 1 kWh. W szczycie 2,17 zł.
To rynek, który od lat pełni rolę laboratorium elektromobilności. Tam nowe technologie pojawiają się najwcześniej, tam najłatwiej sprawdzić ich działanie w praktyce i tam najwięcej można nauczyć się przed wdrożeniem na większą skalę.
Dla Polski ta informacja również ma znaczenie. Nie dlatego, że jutro zobaczymy u nas ładowarki 500 kW. Bardziej dlatego, że kierunek rozwoju europejskiej infrastruktury staje się coraz bardziej oczywisty. Operatorzy będą musieli przygotować się na samochody 800 V, wyższe moce, krótsze postoje i znacznie większy ruch. Tesla właśnie pokazała, że zamierza pozostać jednym z liderów tego wyścigu.
A historia elektromobilności wielokrotnie udowadniała, że największe zmiany zaczynają się od jednej, z pozoru zwykłej stacji. A potem… to już leci z górki, jak to się mówi😉!