Dlaczego baterie LFP wygrywają z NMC w masowych samochodach elektrycznych?

Dlaczego baterie LFP wygrywają z NMC w masowych samochodach elektrycznych?

Dlaczego baterie LFP wygrywają z NMC w masowych samochodach elektrycznych? LFP to rozwiązanie coraz bardziej popularne. Zyskuje coraz większe uznanie w samochodach masowych, ale co ważniejsze coraz częściej jest też stosowane w samochodach klasy wyższej. Szczególnie u producentów pochodzących z Chin. To właśnie ten kraj jest liderem, jeśli chodzi o rozwiązania związane z bateriami LFP.

Jeszcze kilka lat temu wydawało się, że baterie NMC (nikiel–mangan–kobalt) pozostaną bezkonkurencyjnym standardem w samochodach elektrycznych. Dziś sytuacja wyraźnie się zmienia. Coraz więcej producentów — od marek budżetowych po globalnych gigantów — przechodzi na chemię LFP (litowo-żelazowo-fosforanową), szczególnie w modelach wolumenowych (jeszcze ciągle).

To nie jest chwilowa moda. To strategiczna zmiana całej branży EV.

LFP i NMC – krótkie przypomnienie chemii

Czyli co w ogniwach piszczy…

NMC
• wysoka gęstość energii,
• dłuższy zasięg przy mniejszej masie,
• droższe i bardziej złożone surowce.

Ogniwa te mają większą gęstość energii i lepiej radzą sobie w niskich temperaturach.

LFP
• niższa gęstość energii,
• większa masa przy tym samym zasięgu,
• prostszy i stabilniejszy skład chemiczny.

Różnice te determinują niemal wszystko: od ceny auta po jego trwałość. Dzięki zaś coraz bardziej zaawansowanym systemom BMS (Battery management System), ujemne zimowe temperatury powoli przestają przerażać użytkowników pojazdów z bateriami LFP.

Koszt: główny powód ekspansji LFP

W segmencie masowym, cena baterii decyduje o być albo nie być modelu.

LFP:
• nie zawiera niklu ani kobaltu,
• korzysta z powszechnie dostępnych surowców,
• jest mniej podatna na wahania cen rynkowych.

Efekt:
👉 tańsza produkcja baterii i stabilniejsze ceny EV.

Dla producentów oznacza to większą przewidywalność kosztów, a dla klientów, realnie niższe ceny aut. Poza tym, ten rodzaj baterii zyskuje coraz lepszą opinię rynku a poprzez to również coraz większą rzeszę zadowolonych klientów. Dlaczego? Czytajcie dalej…

Bezpieczeństwo: argument, który trudno zignorować

Baterie LFP są uważane za dużo bezpieczniejsze niż ich odpowiedniki w technologii NMC:
• są znacznie bardziej odporne na przegrzewanie,
• mają wyższy próg termicznej ucieczki,
• rzadziej ulegają gwałtownym pożarom.

W praktyce ma to wpływ miedzy innymi na:
• łatwiejsze projektowanie systemów chłodzenia,
• niższe koszty zabezpieczeń,
• lepsze wyniki testów bezpieczeństwa.

Dla flot i użytkowników miejskich, to kluczowa przewaga. Ale to nie wszystko. Zalet jest dużo więcej.

Trwałość i cykle ładowania

To jeden z najmocniejszych punktów LFP. Ilość pełnych cykli ładowania baterii, do momentu utraty 30% swojej pierwotnej pojemności (zostaje 70%). W takim przypadku producenci aut uważają, że taka bateria zrobiła już swoje i nie nadaje się już do zasilania auta elektrycznego.

Dane mówią o:
• LFP: 3 000–5 000 cykli ładowania – a to ogromna trwałość.
• NMC: 1 500–2 500 cykli

Model 3 z baterią LFP świetnie sprawdza się w trasach, nawet tych liczących kilka tysięcy kilometrów.

Pobawmy się liczbami. Jeśli przyjmiemy średnią ilość cykli na poziomie 4000 w bateriach LFP, oraz średni zasięg 300 km na jednym pełnym cyklu, to okazuje się, że samochód z taką baterią jest w stanie zrobić około 1 200 000 km, zanim bateria zostanie uznana za niezdatną do zasilania auta EV. Oczywiście taka bateria, może służyć w aucie jeszcze wiele lat. To według producentów nie nadaje się do użytku, jeśli pojemność spadnie poniżej 70% pierwotnej wielkości pakietu. Nie według użytkowników:)

Przy baterii NMC, wynik to (przy 2000 cykli) zaledwie 800 000 km. Tu przyjęliśmy nieco większy zasięg na pełnym cyklu, około 400 km. Baterie tego typu są zazwyczaj większe. Tak jak w przypadku Tesla Model 3. Wersja Long Range posiadająca baterię NMC (kilka ostatnich lat) to aż 82 kWh brutto, a wersja z baterią LFP, to wielkość zaledwie około 62,5 kWh brutto (CATL M6). Choć dziś Tesla stosuje również i większe rozmiary w swoich modelach 3 oraz Y (baterie LG M53).

Oczywiście to tylko zabawa matematyką, ale pamiętajmy, że liczby nie kłamią i nawet jeśli wyniki byłyby nieco inne, zarówno w jedną jak i w drugą stronę, to wyraźnie widać, ze LFP wygrywają zdecydowanie, jeśli chodzi o trwałość w kwestii ilości cykli ładowania.

W skrócie, co to oznacza?
• mniejszą degradację w czasie,
• dłuższe życie baterii,
• większą wartość auta na rynku wtórnym.

W praktyce bateria LFP często przeżywa samochód.

Codzienne użytkowanie: 100% bez stresu

Baterie LFP można:
• regularnie ładować do 100%,
• intensywnie eksploatować w mieście i nie przejmować się pilnowaniem SOC.

To wielka zaleta LFP. Większość z nas użytkowników, ma w nosie pilnowanie ładowania do 80% stanu baterii. Chcemy przyjść do domu i podpiąć auto do stacji ładowania. Naładować przez noc i mieć pełny elektryczny „bak”. Wsiąść i jechać – a nie zastanawiać się czy ładowanie do 100% może zaszkodzić naszej baterii.

W NMC:
• częste ładowanie do 100% przyspiesza degradację,
• zalecane są limity 80–90%.

Dla przeciętnego kierowcy:
👉 LFP jest po prostu wygodniejsze i tu nie można dyskutować.

A co z zasięgiem?

Tak, to fakt, NMC nadal wygrywa pod względem gęstości energii.
Ale realia rynku są inne:
• 90% codziennych tras mieści się w przedziale 50–100 km,
• ładowanie stało się szybsze i powszechniejsze,
• producenci rekompensują LFP większym pakietem.

W segmencie miejskim i kompaktowym, różnica w zasięgu przestaje być krytyczna.

Dlaczego więc NMC jeszcze nie znika?

NMC pozostaje niezastąpione (jak na razie):
• w autach premium,
• w modelach o bardzo dużym zasięgu,
• tam, gdzie masa i osiągi są kluczowe.

To nie wojna „zwycięzca–przegrany”, lecz segmentacja rynku. Ale jeśli baterie LFP zostaną jeszcze bardziej poprawione i unowocześnione, to kto wie. Być może NMC staną się białymi krukami w autach EV, a większość producentów będzie stosować właśnie technologię LFP.

Tesla potwierdza, że ​​nie jest już tylko firmą samochodową…

Tesla potwierdza, że ​​nie jest już tylko firmą samochodową…

Tesla Q3 2025, to nie tylko samochody. Co naprawdę oznacza ten kwartał dla motoryzacji, energii i AI.

Trzeci kwartał 2025 to dla Tesli kwartał, który nie daje się zaszufladkować jako „kolejne dostawy i marże”. To kwartał, w którym firma pokazała równoległe przyspieszenie w trzech obszarach: produkcja i sprzedaż samochodów, skala biznesu energetycznego oraz realne kroki w kierunku wdrożenia modeli AI/robotyki. To nie jest ogłoszenie wizji a bilans wykonanych kroków.

Liczby: solidne, ale z nową strukturą biznesową

Tesla zamknęła Q3 z przychodami rzędu $28,095 mld, a kwartalny wynik operacyjny pokazał część kosztów, skokowo rosnących z inwestycji w AI i R&D, stąd niższa operacyjna marża w porównaniu z najlepszymi okresami. Free cash flow, po raz kolejny przyciąga uwagę, to niemal $4,0 mld w kwartale, co daje Tesli elastyczność inwestycyjną. To nie tylko „skok przychodów”; to gotówka, która pozwala na agresywne skalowanie nowych linii produktów i inwestycje w chipy oraz fabryki.

Co z pure-automotive? Produkcja Modelu 3/Y nadal dominuje, a dostawy kwartalne wyniosły 497 tys. samochodów, co potwierdza, że skala podstawowego biznesu jest pod kontrolą, ale to już nie jest jedyny motyw przewodni firmy. Tesla się zmienia.

Energia, to tu następuje największa transformacja strategii

Rok do roku segment Energy (generacja i magazynowanie), rośnie na poziomie dwucyfrowym. W Q3 Tesla zadeklarowała rekordowe wdrożenia magazynów energii, ~12,5 GWh w kwartale, a produkt Megapack 3 + koncepcja „Megablock” to nie PR-owy błysk, to produkt mający upraszczać instalacje wielkoskalowe i obniżać koszt wdrożeń. Dla operatorów sieci i dużych inwestorów energetycznych, to informacja kluczowa. Tesla już nie sprzedaje tylko baterii do domu, sprzedaje bloki mocy i systemy, którymi można zarządzać, jak infrastrukturą energetyczną.

Konsekwencja? Rosnące przychody z „Energy” oraz możliwość integracji z usługami (Autobidder / VPP — virtual power plant), znacząco podnoszą wartość cyklu życia produktu i potencjalny recurring revenue. To zmienia sposób, w jaki oceniamy Teslę ekonomicznie. Już nie tylko jako OEM, lecz jako platformę energetyczną plus usługi. Dzieje się:)

Autonomia i AI — z tweetów do rzeczywistego wdrożenia

Q3 przyniósł wdrażanie FSD v14 (Supervised), a raport i słowa zarządu akcentowały dalsze prace nad integracją komponentów Robotaxi z konsumenckim OSD. Tesla podkreśla, że „każde auto, jest projektowane z myślą o autonomii”, a ekspansja floty Robotaxi w Austin i pilotaż ride-hailingowy w Bay Area to sygnały, że firma testuje skalowanie usług mobilnych w realnych warunkach. W tle, jest też ambitna praca nad hardware: AI5 (nowy chip) oraz partnerstwa produkcyjne (Samsung, TSMC), czyli pion sprzętowy przyspiesza równolegle do softwaru. To istotne: maszyny uczą się na rzeczywistych przejazdach, ale wymaga to skali, danych i mocy obliczeniowej i Tesla to centralizuje. Tak naprawdę, to takie ilości danych, że nie wiem czy można to wyrazić liczbowo:)

Z punktu widzenia ryzyka, autonomia, to ciągły konflikt z regulacjami i oczekiwaniami bezpieczeństwa. Ale fakt, że firma publicznie pokazuje roadmapę i realne testy, przesuwa ten projekt z fazy „spekulacji” do fazy „operacyjnej próby”.

Sieć ładowania i produkty komercyjne. tu idzie skalowanie infrastruktury na całego

Supercharger Network nadal rośnie, liczba stacji i punktów ładowania zwiększyła się istotnie (w raporcie mowa o 18% wzroście w liczbie „stalls” rok do roku). Kluczowe jest tempo i nowe typy urządzeń: V4 cabinets zdolne do ładowania mocą nawet 500 kW, dla osobowych aut i jeszcze wyższych mocy przy Semi, to element strategii, która łączy flotę, infrastrukturę i ofertę energetyczną. Wszystko pod kontrolą Tesli. To oznacza, że skala użyteczności produktu (samochodu) rośnie wraz z infrastrukturą, co redukuje bariery adopcji.

Co to znaczy z perspektywy rynkowej?

Multiplikacja modeli wartości. Tesla przestaje być wyceniana, jedynie przez pryzmat marż samochodowych. Energy, usługi (robotaxi, ride-hailing), VPP i oprogramowanie, to kolejne linie przychodu. To rozkłada ryzyko sezonowe popytu na auta.

Kapitałowa elastyczność. Prawie $4 mld FCF w kwartale, daje Tesli pole manewru: budowa fabryk, inwestycje w chipy, wsparcie dla Optimusa, ale jednocześnie wyjaśnia, dlaczego ośrodki kosztów w R&D i AI rosną.

Regulacje i integracja. Wdrożenia FSD (Supervised) pokazują promyki postępu, ale powszechne wdrożenie autonomii zależy od lokalnych zgód regulatorów i ujednolicenia standardów bezpieczeństwa. To nie jest tylko techniczne wyzwanie, to polityka i ubezpieczenia.

Ryzyka, które warto mieć na radarze
• Regulacyjne: szybkie testy autonomii w jednym kraju nie oznaczają zielonego światła globalnie.
• Koszty wejścia w nowe biznesy: Optimus, robotaxi, większe fabryki chipów, to ciężkie, długoterminowe inwestycje z ryzykiem technicznym i kosztowym.
• Korelacja popytu: rynek aut nadal podatny jest na politykę fiskalną, cła i warunki makro, co wpływa na mix i marże.

Q3 2025 to moment, w którym można już na poważnie stwierdzić, że Tesla konsekwentnie realizuje koncepcję „więcej niż producent samochodów”. W praktyce widzimy firmę, która skalując produkcję aut, równolegle rozkręca biznes energetyczny oraz buduje fundamenty dla usług mobilnych opartych na AI. To układ modułowy: produkcja daje skalę, energia daje recurring value, a AI/robotyka, potencjalnie mnoży możliwości usług i marż.

Czy to znaczy, że Tesla jest „bezkonkurencyjna”? Nie, ale to oznacza, że jej model biznesowy, stał się znacznie bardziej złożony i trudniejszy do oceny, prostymi wskaźnikami marż motoryzacyjnych. Dla inwestora i dla specjalisty EV to sygnał: patrz nie tylko na samochody, patrz na cały ekosystem i liczby, które dziś wyglądają jak potwierdzenie, że ta strategia działa (dostawy, cash, GWh wdrożone).

Wszystko to sprawia, że niektórzy mogą się pogubić w poczynaniach Tesli. Ale oczywiście nie my:) Starzy wyjadacze, obserwujący od lat tą amerykańską firmę. Doskonale orientujemy się w tym co się dzieje… ale czy równie dokładnie wiemy, gdzie zmierza Tesla? Tego nie jestem już taki pewny:)

Nowe tanie Tesle Y i 3 zostały zaprezentowane w Stanach, ale czy jest spektakularnie?

Nowe tanie Tesle Y i 3 zostały zaprezentowane w Stanach, ale czy jest spektakularnie?

Nowe tanie Tesle Y i 3 zostały zaprezentowane w Stanach, ale czy jest spektakularnie?

Przyjrzyjmy się bliżej:

Wnętrze na „szmacie”😜, auto na kołpaku, bez radia, ale ze szklanym dachem, tylko zasłoniętym podsufitką, bez tylnego ekranu, ale za to z manualną regulacją kierownicy 😅

Nie ma też filtra HEPA, audio tylko z 7 głośnikami, brak grzanych tylnych stołków i ręcznie składane lusterka boczne. Są też zwykłe amory i brak autopilota. Szyby niestety pojedyncze co przekłada się na poziom hałasu we wnętrzu.
Napęd na tylne koła, ale za to z zasięgiem bliskim Long Range AWD (ponad 500 km) – a to wszystko w cenie o pięć tysięcy dolarów niższej od aktualnych wersji Standard Range.
Ok. 20 000 zł mniej za taki downgrade – myślicie, że warto?

Tesla znów miesza w cenniku

Amerykański producent zrobił to, co robi najlepiej, czyli zamieszał w konfiguratorze. W Stanach właśnie zadebiutowały odświeżone, „tańsze” wersje Modelu 3 i Modelu Y, nazwane po prostu Standard. Ceny wyglądają przyjemnie dla oka. Model 3 startuje od 36 990 USD (133 900 zł) , a Model Y od 39 990 USD (144 800). Brzmi dobrze, prawda? Dopóki nie zobaczymy, co za to faktycznie dostajemy. I tu z każdą chwilą wzbiera w nas rozczarowanie.

Nowe wersje mają pojedynczy silnik i napęd na tył. Zasięg? Około 321 mil, czyli trochę więcej niż 513 km – bardzo przyzwoicie jak na RWD. Ale Tesla oszczędziła, gdzie się dało. Nie ma już luksusowych detali, które budowały „aurę Tesli” przez ostatnie lata. W szczególności zaś jeżeli nowy wyrób porównamy do wersji Juniper.

Wnętrze na szmacie, auto na kołpaku

Niby nie wygląda źle… ale jakoś vegan leather, było czymś do czego przywykliśmy przez lata.

Pierwsze, co rzuca się w oczy po otwarciu drzwi, to materiałowe fotele. Nie żadne „vegan leather”, tylko klasyczna tkanina – szmata, jak ktoś ujął to dosadnie. Felgi też nie są już tym, czym były – zamiast 19-calowych, dostajemy 18-ki z kołpakiem. Do tego brak czujników ultradźwiękowych, brak automatycznego składania lusterek, brak ogrzewanych tylnych siedzeń i brak tylnego ekranu. Generalnie … same braki:)

Kierownica? Regulowana ręcznie. System audio? Tylko 7 głośników. Filtr HEPA? Nieobecny. I żeby było zabawniej – nawet klasycznego radia AM/FM nie ma. Tesla tłumaczy to „redukcją zbędnych funkcji”, ale użytkownicy widzą po prostu cięcie kosztów.

Zostaje szklany dach, choć nie taki jak dawniej, a raczej symboliczny, częściowo przesłonięty podsufitką. Brzmi jak żart, ale to realne cięcie kosztów produkcji.

Po co to wszystko?

Powód jest prozaiczny. Sprzedaż Tesli w USA w ostatnich kwartałach zaczęła hamować. Zniknęły federalne ulgi podatkowe w wysokości 7 500 dolarów, więc auta stały się z dnia na dzień droższe. Elon Musk musiał coś zrobić, żeby nie oddać rynku konkurencji, głównie chińskim producentom i markom takim jak Hyundai czy Ford.

Zamiast inwestować miliardy w nowy budżetowy model (czyli mityczny „Model 2”), Tesla postanowiła taniej sprzedać to, co już ma. Zmniejszyć wyposażenie, uprościć montaż, obniżyć cenę. To sposób na utrzymanie skali produkcji bez opracowywania nowej platformy.

Taniej, ale czy lepiej?

Na pierwszy rzut oka wygląda jak zwykły Model Y

Na papierze różnica pięciu tysięcy dolarów wygląda atrakcyjnie. Ale w praktyce, to trochę, jak z tanimi liniami lotniczymi – cena bazowa kusi, dopóki nie zorientujesz się, że za każdy „komfort” dopłacasz osobno.

Zabrakło wielu funkcji, które wcześniej stanowiły o uroku Tesli. Zdalnych ustawień, lepszego audio, czystego powietrza z filtra HEPA. Samochód pozostał elektryczny, szybki i efektywny, ale jakby stracił duszę.

Zasięg faktycznie jest solidny, zbliżony do Long Range, ale to wciąż wersja RWD a więc z innym prowadzeniem, przyczepnością i reakcją na „gaz”. To nie jest „Long Range minus 5 tysięcy $”, tylko raczej „Lite Edition bez dodatków”.

I niestety jakieś to takie trochę przykre, kiedy się patrzy na to auto. Jakby Tesla, ale taka level niżej i to delikatnie mówiąc.

Czy to się opłaca?

Tu odpowiedź zależy od oczekiwań.
Jeśli ktoś marzył o Tesli, ale nie chciał wydać 45 czy 50 tysięcy dolarów, teraz ma realną szansę na zakup nowego auta z logo Tesli. Dla nich, to może być strzał w dziesiątkę. Elektryk z dobrym zasięgiem, nowoczesnym oprogramowaniem i pełnym dostępem do Superchargerów.

Ale jeśli ktoś już jeździł Teslą 3 lub Y w wersji Long Range albo Performance, to ten nowy Standard wyda się… smutny i bardzo biedny. Odarty z detali, które robiły różnicę. W tej klasie klienci szukają emocji, nie tylko zasięgu.

Naszym zdaniem?

To nie jest spektakularna premiera. To raczej ruch taktyczny – szybka reakcja na spadek sprzedaży i presję rynku.
Tesla robi, co może, żeby utrzymać wolumen i nie dopuścić do tego, by klienci uciekli do BYD czy Hyundaia.

Ale czy „Tesla na szmacie i kołpaku” to wciąż Tesla, którą pokochali ludzie dekadę temu?
Chyba nie.

Choć trzeba przyznać, że jak na auto „okrojone”, parametry techniczne nadal są mocne – zasięg ponad 500 km i tylny napęd z nowym silnikiem robią wrażenie.
Tylko że dziś, Tesla nie konkuruje już sama ze sobą, tylko z całą falą tańszych i lepiej wyposażonych elektryków.

Więc tak – można powiedzieć, że Elon znów obniżył cenę wejścia do świata Tesli.
Tylko że drzwi, przez które wchodzimy, są teraz z tkaniny, a klamka nie jest już chromowana:)

Przyjrzyjmy się dokładnie

Oto film, na którym Kim Java, dokładnie pokazuje różnice między tym co znamy, a tym co właśnie weszło do sprzedaży. A różnic tych, jest znacznie więcej, niż to co wymieniliśmy w tekście, jako najważniejsze z nich.

Zapraszamy:

Tesla szykuje tańszą wersję Modelu Y – co zdradza firmware E41? My już wiemy…

Tesla szykuje tańszą wersję Modelu Y – co zdradza firmware E41? My już wiemy…

Tesla szykuje tańszą wersję Modelu Y – co zdradza firmware E41? To najnowsze odkrycie, można powiedzieć hakerskie:) Które pojawiło się po analizie kodu i oprogramowania Tesli.

Od kilku lat świat motoryzacji czeka na przełomowy ruch Tesli w kierunku bardziej przystępnego cenowo samochodu elektrycznego. Elon Musk wielokrotnie zapowiadał model za 25 000 dolarów, jednak coraz więcej wskazuje na to, że zamiast zupełnie nowego auta zobaczymy odchudzoną wersję Modelu Y, rozwijaną pod kodem E41. Ostatnie przecieki z oprogramowania pokładowego zdradzają, jak Tesla planuje obniżyć koszty produkcji i wprowadzić Model Y do niższego segmentu cenowego.

Firmware nie kłamie – ślady nowego wariantu już tu są

Informacje o E41 pojawiły się dzięki hakerowi znanemu jako Greentheonly, który od lat analizuje firmware Tesli. W kodzie odkryto zapisy dotyczące nowej konfiguracji Modelu Y, opisanej właśnie jako E41. To nie jest zwykły „eksperyment” – takie wpisy zazwyczaj oznaczają prace nad realnym wariantem, a nie tylko wewnętrzne testy.

Co istotne, E41 różni się od obecnych wersji szeregiem zmian, które trudno uznać za kosmetykę. To raczej systematyczne upraszczanie konstrukcji i to w miejscach, które najmniej dotkną podstawowych funkcji samochodu, a jednocześnie pozwolą mocno ograniczyć koszty. I o to tu chodzi. Ma być tanio ale jednocześnie funkcjonalnie i bez straty na jakości jazdy. Nie mylić z jakością auta… obym się mylił:)

Gdzie tesla szuka oszczędności?

Czy tak będzie wyglądać wnętrze budżetowego Modelu Y? Trochę smutne…:)

Najwięcej emocji budzą oczywiście cięcia w wyposażeniu. Z przecieków wynika, że Tesla może zrezygnować z panoramicznego szklanego dachu, zastępując go zwykłą stalową konstrukcją. To ruch symboliczny. Mniej spektakularny efekt wizualny, ale też duża oszczędność w produkcji. Ma to też swoje plusy. Będzie i ciszej i w głowę nie będzie grzało podczas upałów. Więc… czy to do końca wada i uproszczenie? Z punktu widzenia tesli – TAK!

Wnętrze także ma być uproszczone. Zamiast eleganckiego materiałowego wykończenia podsufitki, włókno szklane. Jak to będzie wyglądać? Jestem bardzo ciekawy. Z kabiny zniknie ambientowe oświetlenie, a tylny ekran multimedialny, dodany niedawno w odświeżonym Modelu 3/Y, w ogóle się nie pojawi. Fotele mają mieć prostszą regulację, ograniczoną do jednej osi, a w drzwiach zabraknie elektrycznie składanych lusterek i podświetlenia. Czyli, że w ogóle nie będą się składały? W sensie elektrycznie? Będzie jak za dawnych lat, czyli składamy siłowo za pomocą własnych mięśni? 🙂 Dziwne, choć możliwe.

Tesla rozważa też redukcję systemu audio. Zamiast bogatych nagłośnień, które dziś są wyróżnikiem marki, E41 ma dostać jedynie podstawową wersję. Z kodu wynika, że mogą powstać dwa warianty tego uproszczonego systemu: absolutnie podstawowy i nieco bogatszy, choć nadal daleki od „premium”. Mi to nie przeszkadza. Słucham tylko muzyki lub radia i nie jestem audiofilem. Aby coś tam grało w tle, żeby się dobrze jechało:)

Najwięcej kontrowersji budzi jednak zapis dotyczący braku systemu monitorowania ciśnienia w oponach (TPMS). W USA i Unii Europejskiej to wymóg prawny, więc raczej należy traktować to, jako tymczasowy wpis w firmware, a nie realną decyzję Tesli. Być może opcja ta (brak czujników) nie trafi na nasz rynek. Na inne? Cóż, przepisy zdecydują.

Technika i napęd – taniej, ale wciąż Tesla

Cięcia w wyposażeniu nie oznaczają, że E41 będzie samochodem pozbawionym charakteru Tesli. Przecieki mówią o dwóch wariantach. Z napędem na tył i na obie osie, co sugeruje, że wciąż będzie można wybrać dynamiczniejsze wersje. W kodzie wspomniano także o „specjalnych konfiguracjach silników”, co może oznaczać uproszczone, tańsze w produkcji jednostki. Być może niższej mocy niż obecne, ale komu przeszkadza to, że dostanie zamiast 460 koni w wersji AWD, powiedzmy 360 koni? Różnica w przyśpieszeniu na poziomie 1 czy 2 sekund w normalnym użytkowaniu nie ma większego znaczenia. Nie odczujemy tego nawet. Chyba, że będziemy urządzać wyścigi z zegarkiem a właściwie stoperem w ręku.

Samochód ma korzystać z 18-calowych kół i prostszego zawieszenia. To typowy ruch dla wersji bazowych. Mniejsze felgi są tańsze i wygodniejsze w codziennym użytkowaniu, a uproszczone zawieszenie obniża koszty serwisu i produkcji. Oby to zawieszenie nie było za proste. W końcu chcemy jeździć autem a nie wozem drabiniastym:)

Strategia Tesli – po co Model Y w wersji E41?

Tesla znalazła się w punkcie, w którym sama technologia to za mało. Konkurencja od BYD, przez KIA i Hyundai, aż po Volkswagena, oferuje dziś szeroką gamę modeli elektrycznych w zbliżonych cenach (szczególnie po ostatnich obniżkach grupy Volkswagen) do Modelu Y. Aby utrzymać tempo sprzedaży, Tesla musi zejść z ceny, nie tracąc przy tym najważniejszych atutów: zasięgu, infrastruktury ładowania i reputacji innowatora. Ważny dla amerykańskiego producenta jest szczególnie rynek chiński, bo to właśnie tam elektryki sprzedają się w milionach egzemplarzy rocznie.

E41 wydaje się odpowiedzią na tę potrzebę. Zamiast inwestować miliardy w zupełnie nową platformę, Tesla wykorzystuje sprawdzony Model Y, usuwa elementy, nazwijmy je „luksusowe” i koncentruje się na tym, co najważniejsze. To strategia przypominająca klasyczne podejście motoryzacyjne: podstawowy wariant dla mas, a droższe wersje dla tych, którzy oczekują pełnego pakietu udogodnień.

Kiedy zobaczymy E41?

Według Reutersa, Tesla przesunęła premierę tańszego Modelu Y. Pierwsze plany zakładały 2025 rok, ale dziś mówi się raczej o końcówce 2025 lub nawet 2026 roku. Początkowo model ma trafić na rynek amerykański, a później do Chin i Europy. Globalna skala produkcji będzie tu kluczowa. Tylko wtedy uda się zbić koszty na tyle, by cena rzeczywiście była atrakcyjna. I będziemy mieć wybór. Brać bieda wersję czy dołożyć grosza i jeździć pełnoprawnym i dopracowanym nowym Y-kiem w wersji Juniper. Ja osobiście chyba bym szukał tego drugiego auta, jeśli miałbym z nim spędzić kilka lat.

Puenta

E41 to odważny eksperyment. Z jednej strony może otworzyć Tesli drzwi do klientów, którzy do tej pory uważali jej auta za zbyt drogie. Z drugiej, grozi oskarżeniami o „odzieranie” Modelu Y z wszystkiego, co sprawiało, że był wyjątkowy.

Tesla musi znaleźć złoty środek. Jeśli usunie ambientowe oświetlenie, panoramiczny dach czy bogaty system audio – większość klientów to zaakceptuje. Ale jeśli zacznie ciąć w kwestiach bezpieczeństwa, jak TPMS czy ogrzewanie tylnej kamery, to ryzykuje nie tylko reputacją, ale i problemami regulacyjnymi. Klient może jeździć nazwijmy to biedniejszą wersją auta. Ale jeśli Nowy Y stanie się totalnym „golasem” nie wróżę mu zbyt wielkiej sprzedaży.

Jedno jest pewne. Tesla, wprowadzając E41, pokazuje, że gra już nie tylko w lidze innowacji technologicznych, ale także w klasycznej grze o wolumen i dostępność. A to może być klucz do tego, czy w świecie elektromobilności będzie liderem masowego rynku, czy tylko producentem samochodów premium z łatką pioniera.

Najważniejsze, czyli cena

Wszyscy oczekują auta za 25 000 dolarów. Po raz pierwszy Musk wspomniał że Tesla miałaby możliwość wyprodukowania takiego auta już w 2018 roku. W wywiadzie z Marquesem Brownlee. To właśnie wtedy padły te słowa. Minęło 7 lat. Podczas których dużo się mówiło i spekulowało na temat taniej Tesli. Ale chodzi mi o co innego. Wbiliśmy sobie do głowy kwotę 25 000 dolarów. Tymczasem…

Siła nabywcza pieniądza się zmienia

25 000 dolarów w 2018 roku odpowiada pod względem siły nabywczej pieniądza dzisiejszym 32 000 dolarów. I to biorąc pod uwagę głównie zmiany inflacyjne. Tak więc zapomnijcie o cenie sprzed lat. Nowa tania Tesla (czyli wspomniany wyżej Model Y o nazwie kodowej E41, nie będzie kosztował dziś mniej niż 32 000 dolarów. A być może nawet około 35 000. Mówimy o cenie podstawowej, bo wiadomo, że co kraj to inna dopłata, ulga, lub jej brak. Nawet taka cena byłaby dla nas nie lada gratką.

Oznaczałoby to bowiem cenę na poziomie 116 500 zł (32 000$). Oczywiście do tego dochodzą unijne cła, podatki i milion innych rzeczy. Choć jeśli przyjmiemy, że Tesla będzie to auto produkować w Berlinie, czyli w Europie, to cena nie powinna przekroczyć 134 – 143 000 złotych brutto. opierając się dokładnie na różnicach w cenie dzisiejszej podstawowej wersji Modelu 3. Do wyliczeń zastosowałem właśnie analogię do tego przypadku. Oczywiście to tylko przewidywanie, ale oparte na dzisiejszej cenowej matematyce firmy Tesla. To byłaby bardzo dobra oferta na tak dużego elektryka. Przyznacie to sami…

Fot: x.comtslaming

Tania Tesla? Miała być rewolucja, będzie kosmetyka

Tania Tesla? Miała być rewolucja, będzie kosmetyka

Tania Tesla? Miała być rewolucja, będzie kosmetyka, choć nasze oczekiwania były jak zawsze jeśli chodzi o Teslę ogromne.

Gdy w 2023 roku Elon Musk zapowiadał nową, tanią Teslę – tę za 25 tysięcy dolarów – wielu z nas poczuło znajomy dreszcz. W końcu miało się wydarzyć to, o czym w branży mówiło się od lat: prawdziwy „ludowy”, jeśli tak się mogę wyrazić (wiecie o co chodzi – EV dla mas) elektryk. Tesla dla każdego, nie tylko dla tych, którzy mogą sobie pozwolić na Model 3 lub Y. Miała powstać od zera. Na nowej platformie. Z nową fabryką, nową filozofią montażu, z zastosowaniem wszystkiego, czego firma nauczyła się przez ostatnią dekadę.

Ale jeśli dziś czujesz, że coś w tej historii się nie zgadza, to zdecydowanie masz rację. Bo to, co nadchodzi, to nie nowy Model 2 (Q). To… Model Y, tylko mocno obdarty ze swoich niektórych funkcjonalności i cech.

Od wizji do korekty i to dość nieoczekiwanej

Tesla przez lata przyzwyczaiła nas do tego, że najpierw rzuca odważne deklaracje, a dopiero potem zaczyna liczyć, co się da dowieźć. W przypadku „taniej Tesli” te zapowiedzi brzmiały naprawdę rewolucyjnie: nowa platforma, koszty produkcji niższe o połowę, montaż jak z fabryki przyszłości, a całość gotowa „już w 2025 roku”. Inwestorzy zachwyceni, internet wrzał, konkurencja z Chin szykowała kontratak.

A potem przyszło lato 2025 i… nowa narracja.

Zamiast platformy NV91/NV92, dostajemy „udoskonaloną wersję obecnej linii produkcyjnej”. Zamiast modelu stworzonego od zera, „znacznie uproszczony Model Y”. Zamiast przełomu – optymalizacja.

Tesla nie wycofała się z pomysłu tańszego samochodu. Po prostu… obcięła z niego to, co czyniło go ekscytującym.

Musk mówi: to jest tania Tesla. My mówimy: to tylko odchudzony Model Y. Wszyscy mają rację

Oficjalna linia jest taka: w czerwcu 2025 roku ruszyła produkcja pierwszych egzemplarzy nowego, przystępnego cenowo modelu. Tylko że – jak sam Musk przyznał – chodzi po prostu o wersję Modelu Y z ograniczoną funkcjonalnością. Mniejsza bateria?, prostsze wykończenia?, mniej ekranów?, mniej silników?… co jeszcze? Inaczej mówiąc – Model Y po diecie. A jeśli cena ma być faktycznie super, to dieta może być naprawdę drastyczna.

Nie znajdziesz tam nowatorskich rozwiązań z „rewolucyjnej platformy”. Nie będzie cudu inżynierii. Dostajesz dobrze znany samochód, który po prostu kosztuje mniej, bo… ma mniej.

Z jednej strony – to może mieć sens. Tesla wykorzystuje istniejącą infrastrukturę, zmniejsza koszty, skraca czas wprowadzenia na rynek. Z drugiej, ciężko się oprzeć wrażeniu, że jesteśmy świadkami pewnego cofnięcia się z obietnic.

Bo nie chodzi o to, że ten samochód będzie zły. Chodzi o to, że miał być przełomem. A będzie… strategią przetrwania.

Tania, ale czy wystarczająca?

Wciąż nie znamy wszystkich szczegółów – Tesla trzyma karty blisko siebie, jak zawsze. Szacunki wskazują, że „nowy” Model Y będzie kosztował około 30-35 tysięcy dolarów. To sporo mniej niż bazowy Model Y dziś (46–48 tys.), ale nadal wyraźnie więcej niż magiczne 25 tys., o których mówił Musk na Battery Day.

Pojawia się pytanie: czy to nadal „tania Tesla”? Czy raczej Tesla, którą da się sprzedać bez dokładania do interesu?

Odpowiedź zależy od tego, czego oczekiwaliśmy. Jeśli liczyłeś na auto, które naprawdę otworzy nowy rozdział w dostępności elektromobilności, prawdopodobnie poczujesz rozczarowanie. Jeśli jednak chodziło Ci tylko o tańszy bilet wstępu do świata Tesli, to może być ten moment.

Dlaczego tak się stało?

Tesla zmieniła priorytety. W centrum zainteresowania są dziś robotaxi (projekt „Cybercab”), sztuczna inteligencja i humanoidalny robot Optimus. W tym kontekście „tania Tesla” przestała być marzeniem – stała się kosztem. A koszt trzeba ograniczyć. Niestety tak to wygląda w realnym życiu. Marzenie wielu ludzi i kiedyś marzenie samego Muska, zostało dziś tylko marzeniem wielu ludzi. Nie jest już ani marzeniem ani celem samego Muska… smutne.

Musk to potwierdził między wierszami: „Nowy produkt to po prostu kolejna wersja Modelu Y, ale bardziej efektywna do produkcji”. Zero romantyzmu. Sama inżynieria. Tesla schodzi na ziemię. Zostawia co niezbędne. A co z resztą?

Czy to źle?

Nie do końca. Dla klientów, to może być świetna wiadomość. Nowy Model Y w wersji „budget” wciąż ma dostęp do sieci Superchargerów, softu Tesli, aktualizacji OTA. To nie będzie tania chińska wydmuszka, tylko prawdziwa Tesla – niestety uboższa.

Ale jeśli patrzysz na to z perspektywy zmian, które miały wstrząsnąć rynkiem, to zamiast trzęsienia ziemi, dostaliśmy co najwyżej drżenie ręki księgowego:) Cóż, po raz kolejny ekscytujący pomysł pozostał ekscytujący tylko na papierze. A życie zweryfikowało plany. Nawet w przypadku takiego potentata finansowego jak Musk i jego Tesla.

Tesla nie wypuści „Modelu 2” na nowej platformie. Przynajmniej nie teraz. Zamiast tego, dostaniemy odchudzony Model Y, który ma spełnić oczekiwania inwestorów i utrzymać sprzedaż.

Czy to dobry ruch? Ekonomicznie – być może. Strategicznie – na pewno.
Ale dla nas, fanów technologii, ludzi, którzy śledzą każdą aktualizację i każdą zapowiedź – to po prostu lekki zawód.

Bo jeśli miał to być samochód, który zmieni świat, to jak na razie, zmieni tylko cennik… ot, wszystko.

Fot: x.comMKBHD

WhatsApp WhatsApp us