Zasięg Tesli, czyli co widzimy na ekranie?

Zasięg Tesli, czyli co widzimy na ekranie?

Kłótnie, przechwałki, narzekania… to wszystko pokłosie tego, że niektórzy posiadacze Tesli, starają się być mądrzy i rozpisują się na ten temat… niestety często nie mając pojęcia, o co tak naprawdę chodzi i co tak naprawdę wyświetla Tesla na ekranie głównym jako zasięg auta.

Tesla rozróżnia trzy zupełnie różne pojęcia zasięgu, które bardzo często są mylone. Klucz do zrozumienia tematu leży właśnie w tym rozróżnieniu.

Zasięg homologacyjny (to, co widzisz na stronie producenta)

W Europie Tesla musi podawać zasięg WLTP – bo wymaga tego prawo.
W USA Tesla podaje zasięg EPA – bo tam obowiązuje EPA.

To są oficjalne, certyfikowane testy laboratoryjne:
• wykonywane na hamowni,
• według z góry określonego profilu prędkości,
• w kontrolowanej temperaturze,
• bez realnego wiatru, deszczu, ruchu drogowego itd.

WLTP jest bardziej optymistyczne, EPA jest bardziej konserwatywne.
Dlatego ta sama Tesla, ma różne „papierowe” zasięgi w Europie i w USA.

To jest wyłącznie liczba homologacyjna.
Nie ma ona bezpośredniego związku z tym, co widzisz w aucie podczas jazdy.

Zasięg wyświetlany w samochodzie (liczba km obok ikony baterii)

To jest najważniejszy punkt i tu krąży najwięcej mitów. Tesla NIE używa WLTP, do liczenia zasięgu wyświetlanego w aucie. Nawet w Europie.

Fakt:

Zasięg wyświetlany na ekranie Tesli jest oparty na danych EPA.

Jak to działa w praktyce:
• dla każdej wersji auta Tesla ma jedną, stałą wartość zużycia energii, wynikającą z testów EPA,
• BMS wie ile kWh jest aktualnie dostępnych w baterii,
• samochód dzieli dostępną energię przez to stałe zużycie i pokazuje wynik w kilometrach.

To jest czysta matematyka, bez „inteligencji” (mówiąc bardziej fachowo – bez dynamicznej predykcji warunków jazdy – tak, żeby się nikt nie czepiał:)
• styl jazdy nie ma znaczenia,
• temperatura nie ma znaczenia,
• prędkość nie ma znaczenia,
• wiatr, deszcz, trasa — nie mają znaczenia.

Dlatego:
• po agresywnej jeździe zasięg nie „uczy się” Ciebie, ani tego jak używasz swojej Tesli.
• po spokojnej jeździe nie rośnie,
• zmienia się tylko wtedy, gdy zmienia się SOC albo dostępna pojemność baterii.

Tesla świadomie zrobiła to statycznie, żeby:
• uniknąć „pływających” liczb,
• mieć jeden spójny punkt odniesienia,
• jasno oddzielić zasięg referencyjny od zasięgu rzeczywistego.

Rzeczywisty zasięg i predykcja jazdy (czyli gdzie Tesla faktycznie liczy „inteligentnie”)

Tam, gdzie Tesla naprawdę liczy realny zasięg, to:
• nawigacja do celu,
• Energy App (projekcja zużycia).

W tych miejscach Tesla bierze pod uwagę:
• Twoje realne zużycie energii,
• prędkość,
• topografię trasy,
• temperaturę,
• wiatr,
• ruch drogowy,
• historię jazdy z ostatnich kilometrów.

Zmiennych tych przybyło w ostatnich 2-3 latach dość dużo. Najważniejsze z nich to temperatura oraz opady. Również siła i kierunek wiatru, mają zdecydowanie największy wpływ na nasz zasięg.

I tu działa zupełnie inny algorytm niż liczba km przy ikonie baterii.

Dlatego możesz mieć sytuację:
• auto pokazuje „300 km zasięgu”, a do przejechania jest 250…
• a nawigacja mówi: „do celu dojedziesz z 2% baterii” albo „nie dojedziesz”.

I to nawigacja ma rację, nie liczba kilometrów, wyświetlana obok ikony baterii. Bo według niej masz przecież 50 km zapasu!

Dlaczego Tesla nie pokazuje WLTP w aucie?

Bo WLTP:
• jest jeszcze bardziej oderwane od rzeczywistości niż EPA,
• daje liczby kompletnie nierealne przy autostradowych prędkościach,
• zmienia się zależnie od wersji wyposażenia i interpretacji testu.

Tesla wybrała EPA jako punkt odniesienia, bo:
• jest bardziej powtarzalne,
• bliższe realnym warunkom,
• łatwiejsze do porównywania między wersjami.

To jest świadoma decyzja inżynierska, nie błąd. Pamiętajcie, że to co widzicie, to jedynie orientacyjny punkt odniesienia. Czy można go osiągnąć? Tak, jeżdżąc po mieście z niskimi prędkościami średnimi, używając często hamowania rekuperacyjnego (wtedy prąd „wraca” do baterii). Lub jadąc drogami lokalnymi, na których średnia prędkość często oscyluje wokół 50-70 km/h. Wtedy też auto nawet wielkości Modelu X, może się pochwalić super niskim zużyciem energii.

W realnych warunkach trasy, kiedy nasze prędkości bliższe są liczbom takim jak 120 czy 130 km/h, wartość homologowana, czy to EPA czy WLTP staje się fikcją.

Najważniejsza prawda, wprost

Liczba kilometrów widoczna na ekranie Tesli:
• nie jest WLTP,
• nie jest prognozą Twojej jazdy,
• nie jest obietnicą,

tylko:

referencyjnym przeliczeniem energii w baterii według stałego zużycia EPA.

Tesla nigdy nie twierdzi, że jest to realny zasięg w danych warunkach — to użytkownicy tak to interpretują. Niestety…

Jeśli chcecie możemy pójść poziom głębiej? To takie małe kompendium:)

Zacznijmy od fundamentalnej rzeczy, którą trzeba zrozumieć, żeby dalsza część miała sens:

Tesla nie „ma zasięgu”. Tesla ma energię w baterii. (To żelazne motto na szkoleniach HV/BMS)
Zasięg jest tylko wtórnym przeliczeniem tej energii.

I całe zamieszanie bierze się z tego, jak i kiedy Tesla tę energię przelicza.

Co naprawdę pokazuje „zasięg” w Tesli – od strony BMS?

BMS w Tesli nie mierzy zasięgu.
BMS mierzy i estymuje trzy rzeczy:
• napięcia grup ogniw,
• prąd,
• temperaturę.

Na tej podstawie oblicza:
• SOC (ile energii jest dostępne tu i teraz),
• usable energy – ile kWh można bezpiecznie wykorzystać.

Dopiero na samym końcu system bierze:
• dostępną energię (kWh),
• stałe zużycie referencyjne EPA przypisane do danego wariantu auta,

i wykonuje proste dzielenie.

Nie ma tu żadnej magii.
Jeżeli zmienia się liczba km:
• albo zmieniła się estymacja dostępnej energii,
• albo zmieniło się zużycie referencyjne zapisane w software.

Nic innego.

Dlaczego Tesla „zmienia zasięg” po aktualizacjach software’u

To jest jeden z najbardziej niezrozumianych tematów.

Tesla nie zwiększa i nie zmniejsza fizycznej pojemności baterii aktualizacją.
Zmienia model matematyczny, którym BMS:
• interpretuje napięcia,
• przewiduje granice bezpiecznego rozładowania,
• kompensuje starzenie ogniw.

Co realnie może się zmienić po aktualizacji softu?
• dolny bufor energii (ile kWh BMS uważa za „nietykalne”),
• górny bufor (szczególnie po problemach z degradacją),
• krzywa napięcia,
• algorytm estymacji degradacji.

Efekt dla użytkownika:
• po aktualizacji 100% pokazuje np. 490 km zamiast 505 km,
• albo odwrotnie – zasięg „wraca”.

To nie jest degradacja z dnia na dzień.
To jest korekta estymacji, często po:
• lepszym poznaniu zachowania pakietu,
• wykryciu nierównowagi ogniw,
• długotrwałej jeździe w jednym zakresie SOC.

Dlatego Tesla zaleca:

System BMS może się „uczyć” prawidłowej ilości energii dostępnej w baterii. Auto pokazuje 479 km, a po krótkiej nauce, system odnalazł dodatkową energię, pozwalającą pokonać kilka kilometrów extra. mamy więc już 488 km naszego czysto teoretycznego zasięgu:)

Ładowanie do 100% i pozostawienie auta podpiętego do źródła energii (niski prąd), raz na jakiś czas. Aby napięcia w ogniwach miały czas się wyrównać. W Modelach S i X może to trwać dość krótko. W Modelu 3 i Y, zaleca się pozostawienie auta na minimum 3 godziny, zanim ruszymy w trasę. Oczywiście nie róbcie tego często. Od czasu do czasu. To wystarczy, aby nasz BMS poznał i zapamiętał wartości miar, związanych z kondycją naszej baterii.

Chodzi nie o to, żeby „doładować” auto, tylko żeby skalibrować model BMS. Dlatego pamiętajcie, żeby nie trzymać się kurczowo 80% przez długi czas. To może odbić się czkawką dla waszego systemu BMS i tego jak policzy on Wasz „zasięg”, a właściwie ilość dostępnych w Waszej baterii kWh.

Tesla wprowadza przedłużoną gwarancję na baterię i napęd

Tesla wprowadza przedłużoną gwarancję na baterię i napęd

Tesla wprowadza przedłużoną gwarancję na baterię i napęd. Szkoda tylko, że jak na razie dotyczy to wyłącznie rynku USA i Kanady.

Tesla po raz pierwszy w swojej historii, zdecydowała się na krok, którego od lat domagali się właściciele samochodów elektrycznych – uruchomiła płatną, przedłużoną gwarancję, na dwa najważniejsze i jednocześnie najdroższe elementy pojazdu elektrycznego. Chodzi o (jak się domyślacie) wysokonapięciową baterię trakcyjną oraz jednostkę napędową. Nowa oferta została wprowadzona na rynek amerykański i kanadyjski i obejmuje najtańsze auta tego producenta, czyli Model 3 oraz Model Y.

Krok w dobrą stronę

To ruch o dużym znaczeniu nie tylko dla obecnych użytkowników Tesli, ale również dla całego rynku samochodów elektrycznych. Bateria i napęd to komponenty, których ewentualna awaria, po zakończeniu standardowej gwarancji, wiąże się z ogromnymi kosztami, często liczonymi w dziesiątkach tysięcy złotych. Do tej pory właściciele Tesli, po wygaśnięciu ochrony fabrycznej, byli w pełni zdani na własne środki lub rynek niezależnych serwisów. Które choć tańsze, często również musiały naliczać dość spore kwoty pieniędzy za naprawy tak kluczowych komponentów.

Zasady gwarancji

Nowa przedłużona gwarancja, pozwala wydłużyć ochronę tych kluczowych elementów o dodatkowe 24 miesiące lub 30 tysięcy mil przebiegu (48 000 km), po zakończeniu standardowej gwarancji producenta. Koszt takiej ochrony wynosi około 2 tysięcy dolarów (około 7200 – 7300 zł), a każde zgłoszenie objęte jest opłatą własną w wysokości 500 dolarów. Warunkiem skorzystania z oferty jest jej wykupienie jeszcze przed wygaśnięciem fabrycznej gwarancji – po jej zakończeniu taka możliwość znika.

Chcesz jeździć długo? Nie myśl, tylko kupuj…

Z punktu widzenia użytkownika długoterminowego, jest to zmiana fundamentalna. Bateria trakcyjna, to serce samochodu elektrycznego i jednocześnie jego najdroższy element. Jej wymiana po okresie gwarancyjnym może kosztować równowartość kilkudziesięciu tysięcy złotych, co w wielu przypadkach przekracza realną wartość rynkową starszego pojazdu. Podobnie wygląda sytuacja z jednostką napędową, której poważna awaria również generuje bardzo wysokie koszty.

W tym kontekście jednorazowy wydatek na przedłużoną gwarancję, może być postrzegany jako forma ubezpieczenia od ryzyka finansowego. Szczególnie atrakcyjna może być dla osób planujących wieloletnie użytkowanie samochodu, pokonujących duże przebiegi lub zamierzających sprzedać pojazd na rynku wtórnym – dodatkowa gwarancja zwiększa bowiem jego atrakcyjność i wartość.

Nie wszystko złoto co się świeci?

Nie oznacza to jednak, że oferta Tesli jest pozbawiona wad. Okres ochrony jest stosunkowo krótki, a wysoka opłata własna sprawia, że nie każda potencjalna naprawa będzie opłacalna. Dla części użytkowników, zwłaszcza tych jeżdżących niewiele i posiadających młodsze egzemplarze, zakup takiej gwarancji może okazać się zbędnym kosztem.

Elementy napędu aut Tesli z nową wydłużoną gwarancją, to spokój na dłużej, dla właścicieli aut tej marki.

Warto jednak spojrzeć na ten ruch szerzej. Tesla od lat była krytykowana za brak elastycznych programów gwarancyjnych i serwisowych, zwłaszcza w porównaniu z tradycyjnymi producentami. Wprowadzenie przedłużonej ochrony na baterię i napęd (uściślijmy nazwę napęd. W Tesli oznacza to cały zespół napędowy, czyli silniki, inwerter, przekładnię redukcyjną i mechanizm różnicowy), może być sygnałem zmiany podejścia firmy oraz odpowiedzią na dojrzewanie rynku samochodów elektrycznych, na którym coraz większą rolę odgrywa długoterminowa eksploatacja, a nie tylko zakup nowego pojazdu.

Choć nowa gwarancja nie jest rozwiązaniem idealnym, stanowi ważny krok w kierunku zwiększenia przewidywalności kosztów posiadania samochodu elektrycznego. Dla wielu użytkowników może okazać się realnym argumentem przemawiającym za pozostaniem przy Tesli na kolejne lata – lub za zakupem używanego egzemplarza z dodatkowym zabezpieczeniem.

Czy pomysł ten trafi również na rynek europejski? Tego nie wiadomo, jednak możemy się domyślać, że jeśli w Ameryce Północnej opcja ta zyska popularność, Tesla zastosuje ją również u nas.

Fot; x.comgigafactories

Tesla przekroczyła 75 000 stacji Supercharger!

Tesla przekroczyła 75 000 stacji Supercharger!

Tesla przekroczyła 75 000 stacji Supercharger. Co to oznacza dla kierowców EV?
Tesla ogłosiła przekroczenie progu 75 000 stacji Supercharger na świecie, osiągając go w mniej niż pięć miesięcy, od poprzedniego kamienia milowego, czyli stacji w liczbie 70 000 sztuk.. Jubileuszowy punkt pojawił się w Tasmanii i należy do najnowszej generacji Supercharger V4, przygotowanej również dla kierowców spoza ekosystemu Tesli. To nie tylko liczba robiąca wrażenie, to jasny sygnał, że infrastruktura ładowania wchodzi w nowy etap skali i dojrzałości.

Nowy rekord Tesli i symboliczna lokalizacja w Australii

Tesla ogłosiła, że globalna sieć Superchargerów liczy już 75 000 stacji. Jubileuszowy punkt został uruchomiony w South Hobart Smart Store w Tasmanii i należy do nowszej generacji V4 z dłuższymi przewodami i prostszą obsługą. Co ważne, stacja jest dostosowana również do samochodów innych marek, bez kombinowania z adapterami czy logowaniem na siłę przez aplikacje różnego rodzaju.

Lokalizacja wyróżnia się także specjalnym malowaniem w kolorze „Glacier Blue”, które Tesla wykorzystuje przy przełomowych wdrożeniach.

Numer 75 000 ma piękny niebieski kolor.

Szybkie tempo rozbudowy: 5 000 nowych stacji w niecałe pięć miesięcy

To, co naprawdę robi wrażenie, to tempo, czyli przejście z 70 000 do 75 000 stacji, zajęło ono mniej niż pół roku. To efekt zarówno otwierania nowych lokalizacji, jak i rozbudowy istniejących miejsc o kolejne punkty, co w praktyce poprawia dostępność w najbardziej uczęszczanych lokalizacjach.

Dla kierowcy oznacza to realną zmianę:
• mniej kolejek,
• krótsze postoje w trasie,
• mniejsze ryzyko, że „nie będzie gdzie się wpiąć”, nawet w sezonie czy w weekend.

Generacja V4 – nie tylko dla Tesli

Nowa generacja Superchargerów, to coś więcej niż kosmetyka. V4 to sprzęt z myślą o rynku masowym:
• dłuższy przewód pasujący do portów różnych marek, także po prawej stronie auta,
• płatność kartą lub aplikacją bez bycia właścicielem Tesli,
• wyższa moc ładowania i lepsza stabilność sesji.

To odpowiedź na globalny trend otwierania infrastruktury oraz naciski regulatorów — szczególnie w Europie i Ameryce Północnej, tak aby ładowarki premium były dostępne dla całego rynku EV, nie tylko dla użytkowników jednej marki.

Dlaczego ta zmiana ma znaczenie dla elektromobilności?

Rosnąca liczba lokalizacji i stacji to nie tylko statystyka, to zmiana sposobu podróżowania:
• łatwiej planować trasę bez zewnętrznych aplikacji i poszukiwania stacji w kilku apkach,
• EV przestaje być produktem dla pasjonatów, a staje się narzędziem codziennym,
• stacje V4 z otwartym dostępem redukują barierę wejścia, dla kierowców aut innych marek.

Infrastruktura Tesli przestaje być niszową przewagą Tesli, a zaczyna być krwiobiegiem elektromobilności jako takiej.

Wyzwania pozostają: sieć energetyczna, koszty i geografia

Mimo wzrostu skali, Tesla stoi przed konkretnymi problemami:
• nie wszędzie sieci energetyczne mają przepustowość, by wspierać szybkie ładowanie, szczególnie o mocach, rzędu 250 kW na pojedynczą stację ładowania.
• utrzymanie globalnej sieci to rosnący koszt operacyjny,
• część krajów wciąż czeka na gęstszą sieć lokalizacji poza głównymi trasami. Między innymi my w Polsce:)

Krótko mówiąc: szybki przyrost liczby stacji to pierwszy krok. Kolejnym jest równomierna dostępność i stabilność energetyczna.

Małe podsumowanie

Tesla przekroczyła 75 000 stacji Supercharger, osiągając ten wynik w rekordowym czasie. Jubileusz w Tasmanii, przejście na generację V4 i rosnąca dostępność dla samochodów innych marek to sygnał, że Tesla buduje nie tylko przewagę konkurencyjną, ale fundament pod masowe przejście na elektromobilność.

Teraz kluczowe będą nie tylko liczby, lecz jakość rozmieszczenia i dostępność dla wszystkich użytkowników rynku EV — nie tylko właścicieli Tesli.

#Supercharger #SuperchargerV4 #Elektromobilność #ŁadowanieEV #EVinfrastruktura #PodróżeEV #ZeroEmisji #TeslaNetwork #EVMobility

Nowe tanie Tesle Y i 3 zostały zaprezentowane w Stanach, ale czy jest spektakularnie?

Nowe tanie Tesle Y i 3 zostały zaprezentowane w Stanach, ale czy jest spektakularnie?

Nowe tanie Tesle Y i 3 zostały zaprezentowane w Stanach, ale czy jest spektakularnie?

Przyjrzyjmy się bliżej:

Wnętrze na „szmacie”😜, auto na kołpaku, bez radia, ale ze szklanym dachem, tylko zasłoniętym podsufitką, bez tylnego ekranu, ale za to z manualną regulacją kierownicy 😅

Nie ma też filtra HEPA, audio tylko z 7 głośnikami, brak grzanych tylnych stołków i ręcznie składane lusterka boczne. Są też zwykłe amory i brak autopilota. Szyby niestety pojedyncze co przekłada się na poziom hałasu we wnętrzu.
Napęd na tylne koła, ale za to z zasięgiem bliskim Long Range AWD (ponad 500 km) – a to wszystko w cenie o pięć tysięcy dolarów niższej od aktualnych wersji Standard Range.
Ok. 20 000 zł mniej za taki downgrade – myślicie, że warto?

Tesla znów miesza w cenniku

Amerykański producent zrobił to, co robi najlepiej, czyli zamieszał w konfiguratorze. W Stanach właśnie zadebiutowały odświeżone, „tańsze” wersje Modelu 3 i Modelu Y, nazwane po prostu Standard. Ceny wyglądają przyjemnie dla oka. Model 3 startuje od 36 990 USD (133 900 zł) , a Model Y od 39 990 USD (144 800). Brzmi dobrze, prawda? Dopóki nie zobaczymy, co za to faktycznie dostajemy. I tu z każdą chwilą wzbiera w nas rozczarowanie.

Nowe wersje mają pojedynczy silnik i napęd na tył. Zasięg? Około 321 mil, czyli trochę więcej niż 513 km – bardzo przyzwoicie jak na RWD. Ale Tesla oszczędziła, gdzie się dało. Nie ma już luksusowych detali, które budowały „aurę Tesli” przez ostatnie lata. W szczególności zaś jeżeli nowy wyrób porównamy do wersji Juniper.

Wnętrze na szmacie, auto na kołpaku

Niby nie wygląda źle… ale jakoś vegan leather, było czymś do czego przywykliśmy przez lata.

Pierwsze, co rzuca się w oczy po otwarciu drzwi, to materiałowe fotele. Nie żadne „vegan leather”, tylko klasyczna tkanina – szmata, jak ktoś ujął to dosadnie. Felgi też nie są już tym, czym były – zamiast 19-calowych, dostajemy 18-ki z kołpakiem. Do tego brak czujników ultradźwiękowych, brak automatycznego składania lusterek, brak ogrzewanych tylnych siedzeń i brak tylnego ekranu. Generalnie … same braki:)

Kierownica? Regulowana ręcznie. System audio? Tylko 7 głośników. Filtr HEPA? Nieobecny. I żeby było zabawniej – nawet klasycznego radia AM/FM nie ma. Tesla tłumaczy to „redukcją zbędnych funkcji”, ale użytkownicy widzą po prostu cięcie kosztów.

Zostaje szklany dach, choć nie taki jak dawniej, a raczej symboliczny, częściowo przesłonięty podsufitką. Brzmi jak żart, ale to realne cięcie kosztów produkcji.

Po co to wszystko?

Powód jest prozaiczny. Sprzedaż Tesli w USA w ostatnich kwartałach zaczęła hamować. Zniknęły federalne ulgi podatkowe w wysokości 7 500 dolarów, więc auta stały się z dnia na dzień droższe. Elon Musk musiał coś zrobić, żeby nie oddać rynku konkurencji, głównie chińskim producentom i markom takim jak Hyundai czy Ford.

Zamiast inwestować miliardy w nowy budżetowy model (czyli mityczny „Model 2”), Tesla postanowiła taniej sprzedać to, co już ma. Zmniejszyć wyposażenie, uprościć montaż, obniżyć cenę. To sposób na utrzymanie skali produkcji bez opracowywania nowej platformy.

Taniej, ale czy lepiej?

Na pierwszy rzut oka wygląda jak zwykły Model Y

Na papierze różnica pięciu tysięcy dolarów wygląda atrakcyjnie. Ale w praktyce, to trochę, jak z tanimi liniami lotniczymi – cena bazowa kusi, dopóki nie zorientujesz się, że za każdy „komfort” dopłacasz osobno.

Zabrakło wielu funkcji, które wcześniej stanowiły o uroku Tesli. Zdalnych ustawień, lepszego audio, czystego powietrza z filtra HEPA. Samochód pozostał elektryczny, szybki i efektywny, ale jakby stracił duszę.

Zasięg faktycznie jest solidny, zbliżony do Long Range, ale to wciąż wersja RWD a więc z innym prowadzeniem, przyczepnością i reakcją na „gaz”. To nie jest „Long Range minus 5 tysięcy $”, tylko raczej „Lite Edition bez dodatków”.

I niestety jakieś to takie trochę przykre, kiedy się patrzy na to auto. Jakby Tesla, ale taka level niżej i to delikatnie mówiąc.

Czy to się opłaca?

Tu odpowiedź zależy od oczekiwań.
Jeśli ktoś marzył o Tesli, ale nie chciał wydać 45 czy 50 tysięcy dolarów, teraz ma realną szansę na zakup nowego auta z logo Tesli. Dla nich, to może być strzał w dziesiątkę. Elektryk z dobrym zasięgiem, nowoczesnym oprogramowaniem i pełnym dostępem do Superchargerów.

Ale jeśli ktoś już jeździł Teslą 3 lub Y w wersji Long Range albo Performance, to ten nowy Standard wyda się… smutny i bardzo biedny. Odarty z detali, które robiły różnicę. W tej klasie klienci szukają emocji, nie tylko zasięgu.

Naszym zdaniem?

To nie jest spektakularna premiera. To raczej ruch taktyczny – szybka reakcja na spadek sprzedaży i presję rynku.
Tesla robi, co może, żeby utrzymać wolumen i nie dopuścić do tego, by klienci uciekli do BYD czy Hyundaia.

Ale czy „Tesla na szmacie i kołpaku” to wciąż Tesla, którą pokochali ludzie dekadę temu?
Chyba nie.

Choć trzeba przyznać, że jak na auto „okrojone”, parametry techniczne nadal są mocne – zasięg ponad 500 km i tylny napęd z nowym silnikiem robią wrażenie.
Tylko że dziś, Tesla nie konkuruje już sama ze sobą, tylko z całą falą tańszych i lepiej wyposażonych elektryków.

Więc tak – można powiedzieć, że Elon znów obniżył cenę wejścia do świata Tesli.
Tylko że drzwi, przez które wchodzimy, są teraz z tkaniny, a klamka nie jest już chromowana:)

Przyjrzyjmy się dokładnie

Oto film, na którym Kim Java, dokładnie pokazuje różnice między tym co znamy, a tym co właśnie weszło do sprzedaży. A różnic tych, jest znacznie więcej, niż to co wymieniliśmy w tekście, jako najważniejsze z nich.

Zapraszamy:

Jak daleko zajedziesz na prądzie?

Jak daleko zajedziesz na prądzie?

Jak daleko zajedziesz na prądzie? 6 czynników, które naprawdę wpływają na zasięg samochodu elektrycznego.

Samochody elektryczne coraz śmielej wjeżdżają na nasze drogi. Coraz więcej kierowców przekonuje się do nich ze względu na ekologię (tak, wbrew temu co znajdziemy w sieci, auta EV są bardziej ekologiczne niż auta spalinowe, i tak są na to badania naukowe, potwierdzające ten fakt) i niższe koszty codziennej eksploatacji. Ale jedno pytanie wraca zawsze: ile kilometrów da się przejechać na jednym ładowaniu? Zasięg to kluczowy parametr, który decyduje o wyborze samochodu elektrycznego. I choć producenci kuszą optymistycznymi wartościami, życie szybko pokazuje, że wynik zależy od wielu czynników.

Pojemność i stan baterii

Im większa pojemność akumulatora (wyrażana w kWh), tym dalej zajedziemy. To prosta zależność. Dziś standardem w nowych autach, są baterie od 60 do ponad 100 kWh, a postęp technologiczny sprawił, że przy tej samej wielkości pakietu można zmieścić znacznie więcej energii niż 10 lat temu. Trzeba jednak pamiętać, że akumulatory starzeją się i z biegiem lat ich pojemność spada, a wraz z nią realny zasięg samochodu. To tak zwana degradacja kalendarzowa. Drugą degradacją, która ma wpływ na to, że nasza bateria traci swoja pierwotną pojemność, jest starzenie cykliczne (degradacja cykliczna). Im więcej pełnych cykli ładowania auto ma na „liczniku”, tym mniej kilometrów pokona na jednym ładowaniu.

Sprawność układu napędowego

Królowa wydajności zespołu napędowego, wśród aut popularnych, to bez wątpienia Tesla.

Silnik elektryczny sam w sobie jest bardzo wydajny. Potrafi zamienić większość energii w ruch, a dodatkowo odzyskuje ją podczas hamowania dzięki rekuperacji. W praktyce oznacza to, że każdy procent poprawy sprawności przekłada się na kolejne kilometry w zasięgu. Dlatego producenci coraz mocniej pracują nad oprogramowaniem i optymalizacją układów napędowych. Wydajność układu napędowego jest kluczowa. Dlaczego? To prosta zależność. Samochód EV, powiedzmy Mercedes, czy Hyundai, przy prędkości 130 km/h zużyje około 22 – 23 kWh energii na przejechanie 100 km. Auto zaś takie, jak Tesla Model 3 LR RWD, na przejechanie tego samego dystansu potrzebuje zaledwie 18 kWh. To duża różnica. Skąd się bierze? Właśnie z wydajności układu napędowego auta.

Masa i aerodynamika samochodu

Taka bryła auta, zdecydowanie nie sprzyja zasięgowi. Szczególnie podczas szybkiej jazdy po autostradzie.

Fizyki nie da się oszukać. Im cięższy samochód, tym więcej energii potrzebuje, by się poruszać. To samo dotyczy oporu powietrza. Dlatego w elektrykach, tak duże znaczenie ma aerodynamika karoserii. Przy prędkościach autostradowych różnica w zużyciu energii pomiędzy autem o opływowej sylwetce a „pudełkowatym” SUV-em potrafi być naprawdę ogromna.

Pogoda i ukształtowanie terenu

Tu wchodzimy w codzienność, której nikt nie uniknie. Mróz, wiatr, deszcz czy jazda w górach, mają duży wpływ na zasięg. Niska temperatura ogranicza wydajność baterii i wymusza korzystanie z ogrzewania, co może obniżyć zasięg nawet o dość znaczną ilość procent. Do tego silny wiatr czołowy potrafi zwiększyć zużycie energii o 20–30%. To właśnie dlatego zimowe trasy EV wyglądają inaczej niż letnie. Kiepska i wietrzna pogoda plus auto wielkości EV9, i mamy wynik na autostradzie przekraczający 30 kWh/100 km. Przetestowane osobiście:)

Styl jazdy i dodatkowe systemy

Agresywne przyspieszanie, jazda z dużą prędkością czy częste hamowanie zużywają energię szybciej niż płynna, spokojna jazda. Do tego dochodzą systemy komfortu, takie jak ogrzewanie, klimatyzacja, podgrzewane siedzenia, masaże. One także pobierają prąd, choć wbrew obiegowym opiniom, nie są to aż tak duże wartości, by całkowicie zmieniały zasięg. To raczej czynnik dodatkowy, który odczujemy dopiero na długich trasach. To wszystko ma bezpośrednie przełożenie na to, jak daleko będziemy w stanie zajechać, jak to się mówi, na jednym ładowaniu.

Dane katalogowe a rzeczywistość

Czy taki kolos jak Kia EV9 jest w stanie przejechać aż 563 km, na jednym ładowaniu? Ciężko w to uwierzyć, bo norma WLTP to jedno, a realne warunki na drodze, to zupełnie coś innego. I dotyczy to każdego elektryka, bez wyjątku…

Na koniec najważniejsze: wartości podawane przez producentów zawsze są wynikiem testów w określonych warunkach. W Europie obowiązuje procedura WLTP, która daje bardziej realistyczne dane niż dawny NEDC, ale i tak w codziennym użytkowaniu zasięg często bywa mniejszy. Wszystko zależy od tego, jak i gdzie jeździmy. To nie wada elektryków. Dokładnie tak samo, spalanie w samochodzie spalinowym różni się od danych katalogowych. Tylko na to nikt nie zwraca żadnej uwagi. Elektryków zaś, szczególnie krytycy, pilnują na każdym kroku. Tak aby wytknąć im choć najmniejsze uchybienie i niedoskonałość.

To samo auto na kołach w rozmiarze 18 sali, ma zasięg większy aż o 62 km. Czy faktycznie rozmiar kół, ma aż takie znaczenie? Według normy i producenta, chyba tak.

Podsumowanie naszej wiedzy:)

Zasięg samochodu elektrycznego nie jest jedną stałą wartością, tylko efektem działania wielu czynników: baterii, sprawności napędu, masy, aerodynamiki, pogody, stylu jazdy i realnych warunków na drodze. Dzięki postępowi technologicznemu, nowe EV pozwalają przejechać coraz więcej kilometrów, ale kierowca wciąż odgrywa kluczową rolę. Bo to, jak daleko zajedziesz na prądzie, w dużej mierze zależy od Ciebie.

WhatsApp WhatsApp us